fetyszowo bartkowo fotoblog mruff alicja o teatrze dziecięcym Tagi
|
hurtowniaslowFascynujące. Tego samego dzisiejszego ranka ta sama temperatura była o kilka stopni wyższa. Ten sam śnieg zamieniał się w to samo błoto i moczył nogawki na tej samej drodze. Ten sam tramwaj tak samo mi uciekł i tak samo spóźniłam się do tej samej pracy. Zrobiłam sobie tę samą kawę w tym samym kubku, tak samo powiedziałam cześć do tych samych osób. Tak samo myślałam nad jednym tym samym tematem, a potem drugim tym samym tematem i trzecim tym samym tematem. Nie miałam czasu, by pójść do tego samego banku i jak co miesiąc zapłacić za to samo mieszkanie, tak samo nie miałam czasu by zjeść porządny ten sam obiad. Tak samo miałam dosyć tych samych spięć i trochę inaczej, ale tak samo późno wyszłam z pracy. W domu taki sam burdel i tak samo nie spakowana torba w inną podróż. Tak samo głodne podwórkowe koty nakarmiłam tym samym co zawsze, tak samo jak zawsze zastanawiając się, dlaczego to robię, skoro nie lubię kotów. Trochę inaczej niż zawsze napisałam parę piosenek na zamówienie i taką samą radość mi to sprawiło. Tak samo jak zawsze zastanawiałam się, czy uda mi się z tego w końcu żyć i tak samo jak zawsze doszłam do wniosku, że może. Tak samo jak zawsze nie umyłam od tygodnia tak samo brudnych naczyń i tak samo jak zawsze, robę wszystko, by nie pójść tak samo spać, bo gdy pójdę tak samo spać, to tak samo się obudzę i tego samego jutrzejszego ranka będę tak samo uciekać od siebie. Tak samo często, ale mniej intensywnie, myślę, że wszystko się zmieni. I, niestety okazało się, że nie chodzi o ścięcie grzywki. 2010-02-03 22:42:31 skomentuj (1) Słuchanina
Jeszcze coś w ramach autopromocji:) Bajka o molu Zbyszku i starej babci jakiś czas temu była nagrana w radiu - już o tym pisałam - i, również jakiś czas temu, złapała się w sieć. Czyta ją moja mama, mimo że była wtedy chora, robi to świetnie. Oto lynk: http://www.radiomerkury.pl/index.php?art=28945 Można tam też znaleźć kilka innych miłych opowieści na zimowe zdziecinnienie. Tyle na dziś, myć, przytulić, spać.
Tagi: bajka, radio merkury 2010-01-25 23:33:39 skomentuj (1) Pisanina, czytanina
Dawno się nie odzywałam. Mam dużo pisaniny - redaguję bajki (zbliża się konkursowy deadline), uskuteczniam grafomanię zadaniowo-szkolną, kombinuję nad nowym większym tekstem i nadrabiam zaległości w szerokopojętej popkulturze (np. wczoraj obejrzałam pierwszy raz w życiu dwie pierwsze części Gwiezdnych Wojen - tj. czwartą i piątą, tak to się chyba tytułuje?) Jakiś wyrzut sumienny mi wyrósł, dlatego pomyślałam, żeby wrzucić nagranie z fragmentem czytania Grande Papa (mój tekst dla dzieci), które miało czas i miejsce w grudniu, w CK Zamek. Ale, psia kurtka, nie da się w tym blogowym blogu zamieścić filmu. A na Tubę nie wrzucę, bo mi wstyd. Dlatego umieszczam link do artykułu o tym czytaniu w blogu Alicji Rubczak, która prowadziła poczytaniowe dyskusje z kwiatem polskiej młodzieży. http://alicjarubczak.wordpress.com/2010/01/10/scena-czytana-moje-wrazenia/ Przy okazji, polecam szczerze blog Alis, jedyny w Polsce blog o teatrze dla dzieci. Ala jest być może w tym momencie czytana przez Krystiana Lupę, który jest jurorem w konkursie na blog roku - znalazła się w pierwszej dziesiątce blogów w kategorii kultura:) Go Alis! (Mnie się nie udało, ale blog roku prowadzony dwa miesiące, to chyba motyka na księżyc - bo słońca dawno nie widziałam.)
Tymczasem wracam do mrówczego poprawiania bajeczek, podgryzając ogórka konserwowego firmy Krakus i myśląc o wiośnie. (Wieczorne otwieranie okna na oścież, zapachy, ptaki, motylki, kwiatki... Chyba się starzeję). Tagi: alicja rubczak, grande papa 2010-01-25 22:53:27 skomentuj (0) Głosowanie Wczoraj ruszyło głosowanie na Blog Roku 2009. Zapraszam do zagłosowania na mój blog. Należy wysłać SMS o treści G00500 - taki ładny, okrąglutki numerek - pod numer 7144 (1.22 zł. brutto). Gdyby jakimś zbiegiem okoliczności blog otrzymał dużą ilość głosów, oceniać go będzie Sylwia Chutnik, autorka m.in. "Kieszonkowego atrasu kobiet". Zresztą potrzebne informacje są tutaj: http://www.blogroku.pl/hurtowniaslow,gw93k,blog.html Głosowanie zakończy się 21 stycznia o godzinie 12.00. Dochód z głosowania zostanie przekazany przez organizatorów na organizację turnusów rehablilitacyjnych dla osób niepełnosprawnych. Będzie mi bardzo miło. Tagi: blog roku 2010-01-13 09:57:33 skomentuj (3) Zapobiegać czy leczyć?? Przeżyłam dziś mały triumf. Nie trafił mnie szlag. Ale po kolei. Miałam dziś umówioną wizytę kontrolną u ginekologa. Naraziłam się (znowu!) w pracy, wychodząc nieco wcześniej, żeby zdążyć dojechać na czas. Pierwszy autobus po prostu nie przyjechał. Drugi (kwadrans później) nie przyjechał tak o. Gdy temperatura ciała zrównała się z temperaturą otoczenia, trzeci autobus też nie przyjechał. Czterdzieści pięć minut w plecy, ale może mnie przyjmie... Idę pieszo. Jest fajnie, bo nic nie czuję z zimna. Po drodze gubię ulubiony kolczyk. Po półgodzinie jestem na miejscu. Miałam szczęście - moja kolejka jeszcze nie nadeszła. Miałam więcej szczęścia - możliwość ogrzania się w poczekalni, bo przede mną jeszcze cztery pacjentki. Obsługa każdej to jakieś 20-25 minut. Nie chciało mi się nawet obliczać, ile będę czekać. Przyszły jeszcze dwie nowe panie - obie w zaawansowanej ciąży, jedna wyraźnie zmęczona życiem z życiem. Po nieobliczonym czasie nadeszła moja kolej. Wstaję dziarsko, choć ścierpnięta, ale pani pielęgniara mówi - jeszcze momencik - wchodząc do gabinetu z porcelanową filiżanką z ciepłą herbatą i trzema ciastkami - pieguskiem, delicją i kokosanką. Dr prof. hab. przemęczyła się widocznie świeceniem w cipki, robi sobie przerwę. Czterdziestominutową! Wiem dokładnie, wlepiałam gały w zegar z niedowierzaniem. Herbata wypita, ciastka zżarte, plotki przekazane (do poczekalni dotarło np., że córka pielęgniarki się zaręczyła i ślub będzie w sierpniu). Moja kolej. Wchodzę. Nasycona i napita dr prof. hab. zerka w moją kartę, patrzy podejrzliwie na mnie i pyta: - O co chodzi? - Mam umówioną wizytę - mówię. - Ale jaki jest problem? - pyta. - Nie ma problemu, przyszłam na kontrolę - odpowiadam. Robię kontrolę co pół roku, właśnie po to, żeby nie mieć problemów. Dr prof. hab. jest wyraźnie zdziwiona. - Ale ostatnio była pani w maju - stwierdza. - No tak, to ponad pół roku temu. Patrzy na mnie jak na wariatkę. Nie wiem, może myśli, że lubię, gdy mi coś wkłada. Wygląda, jakby tak właśnie myślała. Każe mi się położyć i prawie mnie nie bada. Trwa to minutę i nie jest delikatne. Kosztuje sto złotych i moje dziwne, niezrozumiałe poczucie wstydu, że przyszłam bez powodu, że zawracam jej czas. Na koniec, wyobraźcie sobie, stwierdza, że nie mam co liczyć na cytologię, bo ostatnio mi zrobiła i było ok. Jak gdybym o tej cytologii śniła dniami i nocami i odliczała maniacko godziny do jej zrobienia! Wyszłam. Kobieta w zaawansowanej ciąży wstała, gotowa, by wejść do gabinetu, ale przeszkodziła jej pielęgniarka, wchodząc z nie widziałam czym, ale spokojnie mógłby to być dobry film na DVD i chrupki. Bardzo zepsuło mi to dzień i pogrążyło resztki opinii o opiece medycznej. Nawet prywatnej. (Nie wspominając o kolosalnych problemach, z jakimi boryka się komunikacja miejska z powodu niewyobrażalnych, sięgających po szczyty drzew zasp śnieżnych.) A przecież nakarmiłam rano te paskudne głodne gołębie, miałam mieć dzięki temu dobry dzień! Czasem nie wierzę, że życie no po prostu... takie jest. 2010-01-12 19:30:28 skomentuj (2) Nie wiem jaki tytuł dać. Smutno mi cholera. Dwugodzinne oglądanie Little Britain nie pomogło. Szarlotka w proszku zalana wrzątkiem nie pomogła. Nowy płyn do tkanin AromaTherapy nie pomógł. Tlen Wyrypajewa trochę pomógł, ale przepiękne rude włosy Karoliny Gruszki nie pomogły. Nie pomógł też rachunek z półrocznym zadłużeniem w opłatach za prąd, opierdalantus za notoryczne spóźnienia w pracy i pięknie śpiewająca idiotka w słuchawkach. (Śpiewała, że bez swojego ukochanego to ona normalnie się zabije i że na kolana przed nim pada i błaga, żeby jej nie opuszczał, jezu). Bajkę bym sobie napisała, ale tym razem to nie przejdzie. Tak to czasami jest. Mam ochotę na drinka z palemką pod palemką i okulary w kształcie ust. Się uśmiechnę i starczy. 2010-01-11 22:36:30 skomentuj (2) Wariatka Trzecia piosenka. Nie wiem, czy tyułowa wariatka to Ofelia, czy ja. Napisana na szybko i na kabaretowo. Nie taki zły ten Szekspir:)
Ofelia
Jak to dobrze, że dziś rano zwariowałam!
Obudziłam się szalona, jakaś taka wysuszona Pomyślałam – się wykąpię, co mi tam!
Hamlet ponoć widzi duchy, jest od tego jakiś suchy Powiedziałam – chodź popływać, nie siedź sam!
Spojrzał na mnie tak ukośnie, utkwił wzrok w rozdartej sośnie Więc uznałam, że mnie zbywa, co za cham!
Jak to dobrze, że dziś rano zwariowałam!
Coś w kąpieli mi się stało, jakby nagle mnie wessało Pomyślałam, że to uda nagły skurcz
Walcząc z wodą o przetrwanie, rozmyślałam o śniadaniu Nic dziwnego – Z rana zwykle czuję głód
I tak jakoś nieopatrznie utopiłam się pokracznie Z dłonią w gatkach – tak potężny uda ból.
Jak to dobrze, że dziś rano zwariowałam!
Nagle przyszli jacyś goście, pletli coś tam o miłości Że Ofelię niekochaną tuli toń.
Miast po prostu mnie wyłowić, oni się zaczęli głowić Hamlet cham – mruczeli pocierając skroń.
Palce mi się pomarszczyły, dusza stygła, tracąc siły Wreszcie ktoś do mego trupa wyjął dłoń.
Jak to dobrze, że dziś rano zwariowałam!
Wczoraj jeszcze go kochałam ale dzisiaj zwariowałam Więc tłumaczę – dajcie spokój, ja mam dość
Moich próśb nikt nie usłyszał, widać trupem rządzi cisza A, niech idą – Hamlet pewnie da im w kość.
Hamlet znowu spojrzał skośnie, tnąc „Tu byłem” w swojej sośnie Krzyknął – spadać – i mnie ogarnęła złość.
Jak to dobrze, że dziś rano zwariowałam!
Hamlet zawsze był coś kruchy, widział duchy, słyszał duchy Pomyślałam – zajrzę w nocy, co mi tam.
Wprzód łańcuchem się oplotłam, coś jęczałam, coś tam plotłam Wyłam – U-u, Hamlet, już nie będziesz sam.
Włączył światło... łyknął kawy... rzekł, że ma ważniejsze sprawy... I przeżegnał się trzy razy – co za cham!
Tagi: piosenka 2010-01-08 23:15:37 skomentuj (3) piosenka Julii raz jeszcze. Proszę, jak mnie wzięło. Napisałam kolejną. Albo kocham pisać, albo jestem pomylona, zboczona i nie do odratowania i mam wszy na pępku. Raczej to pierwsze.
Tym razem naburmuszyłam się i napisałam taką smutniejszą. (Dziękuję Ci Agnieszko Osiecko!)
DRUGA PIOSENKA JULII
Śpiewa ją pijąc truciznę. W mojej interpretacji Julia wie, że koniec końców skończy się to śmiercią. Pesymistka.
Nie wierzę w miłość, miłość brzmi marnie To nie tym słowem przełyk wykarmię
Nie wierzę w szczęście, zwłaszcza we dwoje Nie takim słowem wargi upoję.
Nie wierzę w ciebie, ty nie istniejesz Beze mnie nic się w tobie nie dzieje
A kiedy umrę, nie zrozum mnie źle To nie jest tak, że zawiódł mnie świat Przecież o świecie niewiele wiem Ja mam dopiero czternaście lat
Chcę się niemądrze rozkochać w tobie Wbrew happy endom, wbrew samej sobie
Chcę się bezmyślnie w tobie zatrzymać Serce zatrzymać, oddech zatrzymać
Chcę się na słowa twoje obrazić By się martwili, żeby pytali
A kiedy umrę, nie zrozum mnie źle To nie jest tak, że zawiódł mnie świat Przecież o świecie niewiele wiem Ja mam dopiero czternaście lat
Od ich mądrości chcę się oddalić By nas rozgrzeszyć, by nas ocalić
Ty także słowom nie pozwól kłamać Choć śmierć to dobry temat na dramat
Ja w każdym razie i w każdym słowie Zasnę bezmyślnie milcząc o tobie.
A kiedy umrę, nie zrozum mnie źle To nie jest tak, że zawiódł mnie świat Przecież o świecie niewiele wiem Ja mam dopiero czternaście lat
Tagi: piosenka 2010-01-08 22:10:17 skomentuj (0) Piosenka Jacek Cygan zadał nam na zajęcia z piosenki napisać tekst (piosenki właśnie) inspirowany Szekspirem. Nie trawię Szekspira w formie czystej - dramatycznej, dlatego z przyjemnością zabawiłam się sytuacją. Romeo i Julia. Piosenka Julii w mojej luźnej interpretacji:
Tato, Czy ja ci zwracam uwagę na to
Że zamiast ranek rozpocząć herbatą
Wybierasz piwo, golonkę i stek?
Jeśli tak kochasz wielki brzuch To cóż
Mamo Czy ja zaprzeczam Że jesteś Damą
Choć wpychasz siano W biustonosz Co rano
Zamiast pogodzić się z rozmiarem B?
Jeśli tak kochasz wielki biust To cóż
Moja miłość nie jest ciężkostrawna Moja miłość nie swędzi mnie pod wieczór Moja miłość pewnie byłaby zabawna Gdyby tak dla zasady jej nie przeczyć
Kiedy co dzień oddajecie się uciechom Tłustym schabom i krągłym niewygodom Moją jedną mizerną pociechą Myśl, że sen o nim będzie nagrodą
Tato, Stale mi zwracasz Uwagę Na to
Że chodzę smutna Że płaczę Że lato
Że ten Romeo to prostak i gbur
A ja go kocham wszerz i wzdłuż I już
Mamo W kółko powtarzasz Że muszę Być damą
Że pierś do góry Że w gorset Co rano
Że ten Romeo to nicpoń i tchórz
A ja go kocham wszerz i wzdłuż I już
Moja miłość według was jest niedojrzała Moja miłość według was to zaślepienie Moja miłość pewnie nie jest doskonała Ale takie bywa często przeznaczenie
Kiedy co dzień wybijacie mi ją z głowy Wyśmiewacie, przedrzeźniacie, żartujecie Moja miłość uświadamia mi od nowa Że najlepiej będzie nam na innym świecie.
No i jak? :)
Tagi: piosenka 2010-01-08 20:03:10 skomentuj (2) Bajka o włosie Patryku. Bajka dedykowana farbie L'Oreal extreme coś tam, która zniszczyła mój wizerunek na najbliższy miesiąc. Bajki o włosie chyba jeszcze nie było. Mam nadzieję.
Bajka o włosie Patryku.
Siwy powiedział, że głowa łysieje i wszystkich nas czeka zagłada. Siwy jest najstarszy na naszej głowie. Gdy coś powie, zwykle ma rację. Siwy, odkąd posiwiał, ciągle się wymądrza. Trochę nas tym denerwuje. Ale nie mówimy mu tego, bo wszyscy jeszcze jesteśmy brązowi i gdyby nie Siwy, mało byśmy wiedzieli o tym, co się dzieje. Jesteśmy włosami na głowie bibliotekarza. Ja mam na imię Patryk i rosnę kawałek za uchem. Gdy głowa była młoda, byłem bardzo długi i mogłem położyć się bibliotekarzowi na plecach i wygodnie patrzeć na świat. To było bardzo dawno temu, gdy bibliotekarz nie był jeszcze bibliotekarzem, tylko hipisem. Hipisi to tacy ludzie, którzy ubierają się kolorowo, noszą rozszerzane spodnie, śpią na trawie i nie mają zmartwień. Bibliotekarze mają trochę zmartwień, na przykład nie oddane książki, mole książkowe albo porysowane okładki. Może dlatego nasza głowa zaczęła łysieć... Teraz jestem krótki i niewiele stąd widzę, ale Siwy powiedział, że łysienie zaczęło się na czubku głowy i to tam wypadają pierwsze włosy. Zapytałem Siwego, co to znaczy wypaść. Powiedział, że to znaczy odejść na zawsze z miejsca, w którym się było. Nie potrafiłem sobie tego wyobrazić. Zapytałem Siwego, czy wtedy się spada w dół, czy odlatuje. Powiedział, że to zależy. Niektórzy odlatują z wiatrem, inni spadają na ziemię, jeszcze inni spłukują się w wannie. Zapytałem Siwego, co dalej, a on powiedział, że to zależy od tego, dokąd nas wiatr poniesie, którędy popłyniemy lub jaki odkurzacz nas wciągnie. To przerażające. Urodziłem się na głowie za uchem i nigdy nie ruszyłem się nawet na krok. Chociaż lubię powiewać na wietrze.
Na początku łysienie było tylko plotką, którą wszystkie włosy powtarzały sobie szeptem, wymyślając różne bajeczki o tym, jak takie łysienie wygląda. Krzysiek, jeden z moich najbliższych włosów, powiedział, że łysienie to nic innego jak wielka ciemność. Ale Krzysiek się mylił. Doskonale znam wielką ciemność, wystarczy, że bibliotekarz założy czapkę w grudniu. Od czapki jeszcze żaden włos z głowy nie spadł. Anita mówiła, że łysienie jest wtedy, gdy człowiek się starzeje. Jakoś jej nie wierzyłem, bo gdy Siwy się postarzał, to posiwiał, a nie wyłysiał. Ale z tymi ludźmi bywa różnie. Anita jest moją najlepszą przyjaciółką. Ma rozdwojoną końcówkę, ale i tak ją kocham. Poznaliśmy się bardzo dawno temu, gdy wszyscy byliśmy dłudzy. Leżeliśmy z Anitą na plecach i patrzyliśmy w gwiazdy. Mówiliśmy sobie o marzeniach. Anita powiedziała, że zawsze chciała być ruda i zapleść się w warkoczyk. Nasz bibliotekarz nigdy nie plótł warkoczyków, a szkoda. Anita byłaby taka szczęśliwa... Ja nie miałem marzeń. Było mi dobrze i już. Anita powiedziała, że każdy powinien mieć marzenia, żeby się do nich uśmiechać. Ja uśmiechałem się do mojej Anity.
Łysienie naprawdę okazało się jasne i ciche. Nagle na naszej głowie pojawiło się więcej światła. Zrobiło się przestronnie. Gwar z okolicy czubka stawał się rzadszy i rzadszy. W końcu na czubku głowy zapadła cisza. Baliśmy się okropnie. Najgorzej było przy czesaniu. Przy każdym ruchu grzebienia słyszeliśmy krzyki wypadających braci i sióstr. Przytulaliśmy się do siebie. Tylko Siwy stał dęba, na baczność. Myślę, że on też się bał, ale nie umiał się przyznać.
Któregoś wieczoru Anita zaplotła się wokół mnie i szepnęła: - Patryk, czuję, że słabnę. Jeśli wypadnę, pamiętaj o mnie. Zjeżyłem się z przerażenia. Głowa bez mojej Anity? Ja bez mojej Anity? Powiedziałem: - No co ty, Anita. Wszystko będzie dobrze. Nic mądrzejszego nie przyszło mi z głowy... A Anita powiedziała: - Nie przestawaj się uśmiechać. Nawet, gdy wypadnę, uśmiechaj się do marzeń. Długo tak staliśmy, przytuleni. W końcu głowa opadła na poduszkę i my też zasnęliśmy.
Gdy się obudziłem, po Anicie zostało tylko puste miejsce... Wołałem ją, krzyczałem co sił, płakałem, aż zupełnie straciłem połysk. Siwy patrzył na mnie smutno. Spojrzał w górę. Domyśliłem się, że moja Anita odleciała razem z wiatrem. Takie włosy jak ona odlatują z wiatrem.
Przestałem się odzywać. Nie słuchałem nikogo. Straciłem blask, zacząłem się przetłuszczać. Wyglądałem strasznie i miałem to gdzieś. Głowa bez mojej Anity i tak wydawała się łysa jak kolano. Włosy wypadały jeden po drugim. Wypadł Krzysiek, jego żona Dorota, Paweł – ten, co zawsze narzekał, że mu ucho zasłania, Nawet Marian i Antoni, którzy myśleli, że jak zbiją się w kołtun, to nie wypadną. W końcu zostaliśmy sami, ja i Siwy. Co noc śniła mi się moja Anita. Mówiła: „Uśmiechaj się do marzeń, Patryk!”
Mijały godziny, dni i tygodnie. Czekałem na swoją kolej. Chcę wypaść – myślałem – chcę do Anity, to jest moje marzenie. Marzyłem tylko o niej. Wyobrażałem sobie moją Anitę, lecącą z wiatrem. I nagle zrozumiałem! Odkryłem, co muszę zrobić!
- Siwy – spytałem – jak mam się skręcić w sprężynkę? Siwy aż stanął dęba, tak się wystraszył mojego ochrypłego głosu. Ostatnie tygodnie spędziliśmy w milczeniu. - W sprężynkę? – zdziwił się – nie jesteśmy kręcone, tylko proste jak drut. Nie uda ci się. Poza tym... jesteś za krótki. - Nieprawda! – krzyknąłem – skręcę się, zawsze chciałem być kręcony, tak się skręcę, że zobaczysz! I uśmiechnąłem się do tej myśli.
Od tej chwili każdy moment poświęcałem ćwiczeniom. Łapałem wilgoć, naprężałem się, rozluźniałem, kołysałem, bujałem na boki, okręcałem wokół siebie. Siwy patrzył na mnie jak na wariata. Ale ja miałem marzenie i doskonale wiedziałem co robić. Po tygodniu udało mi się wytrzymać w skręcie dłuższą chwilę. Ależ się wtedy spociłem! Po miesiącu mogłem już skręcać się na dłużej i nawet trochę przy tym rozluźnić. Siwy nie mógł uwierzyć, ciągle powtarzał, że to niemożliwe. Po dwóch miesiącach mogłem już swobodnie skręcać się w lewo i prawo, prostować i znowu skręcać, bez żadnego wysiłku! Cały czas uśmiechałem się do mojego marzenia, a moje marzenie uśmiechało się do mnie.
Powoli słabnę, ale cały czas ćwiczę skręty. Spytałem Siwego, co zrobi, gdy wypadnę i zostanie sam. Odparł, że wszystkim się zajmie i żebym się nie martwił, bo osiwieję. Siwy nie zniósłby, gdybym osiwiał tak jak on.
Niedługo wypadnę. Nie boję się już. Nawet jeśli miałbym spaść w dół. Skręcę się w sprężynkę, odbiję od ziemi i złapię wiatr. A wiatr zaniesie mnie do mojej kochanej Anity. Uśmiechniemy się do siebie i polecimy prosto do gwiazd!
Tagi: bajka 2010-01-08 00:25:51 skomentuj (3) Bajka o rybce Huhu Czacza Pstryk O samotnej akwariowej rybce i kimś innym.
Bajka o rybce Huhu Czacza Pstryk. Tak się właśnie nazywam. Huhu Czacza Pstryk. Sam to sobie wymyśliłem, dzisiaj. Codziennie wymyślam sobie nowe imię, wiesz? Czasami mam na imię Kligugiguburbarbim, a czasami Michaś. Gdy mam taki smutniejszy dzień, wybieram sobie malutkie imiona. Kiedy imię jest malutkie, to i ja robię się malutki i jest mnie trochę mniej, a dzięki temu mniej się smucę. Na przykład Pu. To malutkie imię. Miałem je wczoraj. Gdy jest mi wesoło, moje imiona są ogromne. Największe imię jakie miałem brzmiało Muan Muan Turli Rurli Kataka Suri Nuri Kulka Luflaf Biąg. To było dawno temu, gdy w moim akwarium pojawił się plastikowy nurek.
Nie wiem, jakie jest moje prawdziwe imię, bo nikt mi go jeszcze nie dał. Może właśnie Huhu Czacza Pstryk? A może mam na imię tak jak ty? To byłoby śmieszne, prawda? Wiesz, myślę, że w końcu się tego dowiem, że pojawi się tutaj ktoś inny i da mi prawdziwe imię. Bardzo czekam, aż pojawi się tutaj ktoś inny. Bo plastikowy nurek jest naprawdę miły i grzeczny, tylko że nie mogę się z nim bawić i wcale się nie odzywa. A ja uwielbiam się bawić! Pływam sobie w kółko w moim akwarium i wyobrażam sobie, że to wielki, ciepły ocean, pełny innych rybek, ośmiorniczek i koralowców, w których można się chować. Mam tu zresztą jeden koralowiec. Chyba jest zrobiony z gumy. Ale jest za mały, żeby się w nim schować i nie bardzo też jest przed kim. Bo plastikowy nurek nigdy mnie nie szuka. Wiesz, co tu jeszcze mam? Taką wspaniałą, kolorową naklejkę, na której jest narysowane całe morze, zachód słońca i nawet jeden rekin, ale ja się go nie boję, bo nie jest prawdziwy. Wieczorem bardzo długo patrzę w tę naklejkę i wyobrażam sobie, że na przykład ten rekin mnie goni, a ktoś inny mnie przed nim ratuje, odwraca jego uwagę, płynie szybko-szybko, rekin za nim, a wtedy ja wołam „Tutaj! Tutaj!” i ktoś inny chowa się w rafie koralowej, którą mu pokazałem i obaj jesteśmy bezpieczni i się śmiejemy. Albo że ja sobie śpię, a ktoś inny na mnie niechcący wpada i ja mu mówię: „Hej! Obudziłeś mnie!” A on mówi: „To dobrze, bo chcę się z tobą bawić!” Albo na przykład wyobrażam sobie, że patrzę na mój zachód słońca na naklejce, a ktoś inny jest obok, patrzy tak jak ja i razem rozmyślamy. To właśnie wyobrażam sobie wieczorami, wiesz? Już nie mogę się doczekać, kiedy pojawi się tutaj ktoś inny oprócz mnie. Tak długo na niego czekam! Od zawsze! Kilka razy wydawało mi się, że przypłynął, ale to było na samym początku. Potem odkryłem, że to moje odbicie w szybie. Gdy słońce świeci bardzo mocno, to przenika przez firanki i wpływa do mojego akwarium, a wtedy pojawiam się drugi ja. I chociaż to nie jest ktoś inny, ja wyobrażam sobie, że jest i bawimy się w „powtarzaj za mną”. Zasady są takie, że ja robię coś, a drugi ja w szybie musi zrobić to samo. Tylko że on nigdy się nie myli i nie mamy się z czego pośmiać. Ale ja i tak lubię, gdy do mnie przychodzi, bo wyobrażam sobie, że rozmawiamy. On mi opowiada, jak jest w oceanie, a ja mu opowiadam jak jest w akwarium. On zawsze ma tyle ciekawych historii, dlatego muszę zmyślać, bo w moim akwarium to się nic nie dzieje. No, chyba że przychodzi ręka i wsypuje mi jedzonko. Chciałbym kiedyś pobawić się z ręką, ale za bardzo się jej boję. A wiesz co? Zapomniałem ci powiedzieć, jaki mam kolor. Bo akurat mój kolor znam, dzięki odbiciu w szybie. Jestem caluteńki złoty, wiesz? Jestem złotą rybką! Słyszałem, że złote rybki spełniają życzenia, dlatego codziennie rano, gdy tylko się obudzę, wypowiadam moje życzenie: „Chcę, żeby w akwarium pojawił się ktoś inny, z kim mógłbym się bawić i kto powiedziałby mi, jakie jest moje prawdziwe imię”. Tylko że chyba jestem zepsuty, bo wcale tego życzenia nie spełniam... Ale wiesz co? Może złote rybki umieją spełniać tylko życzenia innych, a swoje nie? Gdyby tak było, to wystarczy, że ktoś życzyłby sobie tego, czego ja chcę, a wtedy moje życzenie mogłoby się spełnić i już nie byłbym sam! Tylko kto mógłby to dla mnie zrobić, jak myślisz? Nikt nie przychodzi mi do głowy... A tobie? Wystarczy, żeby ktoś powiedział: „Życzę sobie, żeby Huhu Czacza Pstryk nie był już nigdy sam”. Tylko kto... Ojejku! A może ty?! Zrobisz to dla mnie? Wypowiesz życzenie?! Co? Może być po cichutku. Na pewno mi pomożesz! To co, spróbujemy? Na raz dwa trzy, ty życzenie, ja spełnienie, dobra? Raz... Dwa... Trzy!
Już. Czuję, że do mnie doszło i je spełniłem, poczułem takie dreszcze na łuskach. Dziękuję! Teraz na pewno przypłynie do mnie ktoś inny, będziemy się razem bawić, uciekać przed rekinem, wyobrażać sobie sztorm albo ponure głębiny i wołać do siebie po imieniu! To ja sobie czekam i wyobrażam, jakie jest moje prawdziwe imię. Mam nadzieję, że będzie ogromne! Jak myślisz?
Tagi: bajka 2010-01-05 00:12:16 skomentuj (0) Wesołe święta, szczęśliwy nowy rok. Południe, a ja w łóżku. Z kawą. Netbookiem na 15 rat. Rudym, farbowanym wczoraj włosiem. Ostatni dzień wielkiego wylegiwania się przed powrotem do pracy. Dla mnie święta są święte z osobistych powodów. To usankcjonowany czas lenistwa, w którym otrzymuję własnoręcznie daną dyspensę na wszystko. Obejrzałam wczoraj trzy idiotyczne filmy, korzystając z faktu, że w rodzinnym domu jest telewizja. Byłam na dwóch długich leśnych, bezcelowych spacerach. W mieście nigdy nie poruszam się bez celu. Zjadłam tyle marcepana i suszonych śliwek, że można by tym wykarmić afrykańską wioskę. Stałam w oknie i gapiłam się na zachód słońca, myśląc tylko o zachodzie słońca. I trzymałam się jak najdalej od internetu. Dziś zbieram siły przed jutrzejszym powrotem. Niby cztery wolne dni, ale chyba gdzieś w zaświatach... W poczcie internetowej 34 nieprzeczytane wiadomości. Spójrzmy. Wszystkiego najlepszego, szczęśliwego nowego roku, radości, słodkości, refleksji, obżarstwa, wielkiego wora, rozmów do białego rana (z moją rodziną??), spełnienia, sukcesów, miłości, radości, to już było, zdrowia, przaśnego wypasu w sromotnym rozpasie, splunięcia w kulawy zad jagnięcia kryzysu (wtf??), przepełnienia bożą miłością, spokoju, wytrwania w wierze, bożej opieki, świątecznych wypieków, czerwonego dziada z brodą, nawzajem, ty wiesz, czego sobie życzyć... Aaaaaa! Mam na to wszystko odpisać? Składamy sobie życzenia, bo jest ku temu okazja. Przepis? Szczypta indywidualizmu do uniwersalnej treści, Ctrl C, Ctrl V, wyślij do, do, do, do, do, do, dooo... Niebo ziemi, niebu ziemia, wszyscy wszystkim ślą życzenia. Wolałabym jedną jedyną kartkę w skrzynce pocztowej na klatce schodowej, zamiast tak wielu powielonych życzeń. Poodpisywałam na część, wiem, że intencje są jaknajlepsze. Tylko gdzieś w głowie pełza mi taki robak (lubię robaki) i podpowiada, że w realu, na ulicy, na kawie, na spacerze nie mielibyśmy wszyscy o czym ze sobą rozmawiać. No i dobrze, tak to jest od dawna, nie ma się z czym tłuc. Tyle że po tych 34 sympatycznych wiadomościach czuję, że potrzeba mi kolejnych czterech świętych dni w ciszy. (Lub w bełkocie komedii romantycznych klasy B, na jedno wychodzi). 2009-12-27 12:31:37 skomentuj (0) Srał to pies. Gdy byliśmy w ZOO, M. mi powiedział, że szuflada to miejsce, z którego wyjść mogą tylko czyste gacie. To znaczy, powiedział to nieco inaczej, zupełnie normalnie, ale przekaz był taki, żeby brać się za fraki i działać. Ja tam nie jestem zwolenniczką działania, zwłaszcza gdy chodzi o mnie samą - raczej z przekory nie działam i pakuję w szufladę. Ten blog był pierwszym wyjęciem czegoś więcej, niż pary czystych gaci - pierwszy raz piszę pro publico (bono?) i piorę pro publico literackie brudy. Co tam będę strzępić ozór, zgłosiłam się do konkursu z wygraną podróżą marzeń (jeszcze nie wiem, Nowa Zelandia czy Dolina Muminków) i, srał to pies, proponuję głosować na mój blog. Bo tak to się kijowo przez głosowanie odbywa. Patrząc na moje komentarzowe osiągi, nie mam zbyt wielu wyznawców, ale przynajmniej nikt nie powie mi, że na własne życzenie gniję w szufladzie :) Głosowanie zaczyna się w połowie stycznia, będzie jakiś kod numeryczny czy cuś, dam znać, jeśli się nie zawstydzę. W każdym razie swoje zrobiłam. Bo żeby dokądś dojść, trzeba najpierw zarzucić z biodra:) Tagi: konkurs 2009-12-22 22:27:53 skomentuj (0) Nie ma powrotów. Ukradłam ze sklepu trzy rolki modeliny. Luzem leżały w "Realnym" syfie. Chciałam wrócić do dzieciństwa. W dzieciństwie nie miałam modeliny, tylko plastelinę. Lepiłam z niej dinozaury i wkładałam do zamrażarki, wierząc, że na zawsze stwardnieje. Byłym dumna z moich dinozaurów, miałam ich chyba sto, gdy skończyły mi się pomysły na dokumentację tych prawdziwych, lepiłam smoki. Parę godzin rysowałam im krainę - rzeki, łąki, lasy, góry i wąwozy - na płaskim arkuszu papieru. Nie bawiłam się nimi, tylko dolepiałam nowe. Podobnie było z klockami lego - nigdy nie bawiłam się tym, co zrobiłam - sama zabawa była nudna i ograniczała się do wchodzenia lub wychodzenia z domku, wchodzenia lub wychodzenia ze statku, wchodzenia lub wychodzenia z dźwigu. Ale robienie domku, dźwigu i statku, a potem mutacji domkodźwigu, statkodomku i wszystkiego, co naszło, to była czysta magia. Magiczne było też preparowanie tajemnych eliksirów z zasobów łazienkowych. Szampon, pasta do zębów i krem Nivea, zmieszane w odpowiednim namaszczeniu, miały mi zapewnić wieczną potęgę i władzę nad podwórkiem. A na podwórku urządzaliśmy żużel albo wybory miss Piły, czasem robiliśmy zawody w pukaniu do drzwi legendarnego żula o ksywie Oczko i wytrzymywaniu, kto najdłużej ustoi pod drzwiami. Byłam mistrzynią. Byłam najmniejsza, więc musiałam być mistrzynią. Z koleżanką Aśką miałyśmy skrytkę w krzakach, absolutnie widoczną od chodnika i absolutnie niewidoczną od podwórka. Chodnik i tak dla nas nie istniał. Nie pamiętam dokładnie, co tam robiłyśmy, ale musiało to być fascynujące, trzy godziny w kucki coś przecież znaczą. Raz, całe podwórko reanimowało martwego chomika. Innym razem chodziliśmy na safari pod balkony. Dzieciakom często spadały z balkonów gumowe zwierzątka. Pamiętam, że upolowałam żyrafę i lisa bez ogona. W deszczowe dni dziewuchy urządzały dom na półpiętrze. Sąsiedzi przynosili nam krzesła, żebyśmy nie siedziały na betonie. Latem brałyśmy miskę i koc i robiłyśmy lalkom kąpiele wodno-słoneczne, mycie, czesanie, kremowanie i zupę z koniczyny. Jedyna na całym podwórku miałam męską lalkę, rudzielca o imieniu Grześ. Poza nim, wszystkie moje lalki miały na imię Izaura. Lalki moich koleżanek także. Kiedyś jeden chłopak znalazł ptasie jajo. Chciał nam je dać, do opieki, ale gdy przechodził przez płot, pękło i pisklę nie przeżyło. Kiedy indziej znalazłam kamień. Idealny. Nakrapiany. Jajeczny. Uwierzyłam, że go wysiedzę i wykluje się kamienny ptak. Byłam na to zbyt ruchliwa, dlatego położyłam kamień na żarówce, podkładając pod niego trochę waty. Gdy wata zaczęła dymić, a zaraz potem płonąć, mama dosadnie przekonała mnie, że to był zły pomysł. To niektóre przyjemne wspomnienia z dzieciństwa. Rozbite kolana, zdarte dłonie (szczypie najbardziej!) i czarna woda po kąpieli świadczą o tym, że na dzieciństwo narzekać nie mogę. Pamiętam, że kiedyś ukradłam ze sklepu śliwkę. Prześladowała mnie potem jeszcze kilka dni, wciąż rozglądałam się za policją. Modelinę wzięłam na tak zwanego cwaniaka - człowiek wie, co mu piknie w bramce, a co nie. Nie pikła, ale się zemściła. Dla mamy ulepiłam z niej pięknego ptaszka. Niebieski dzióbek, zawinięty ogonek, agrafkowe kropki. Mama zbiera ptaszki, a zbliżają się święta. Dla M ulepiłam żyrafkę. M lubi żyrafki. Oczka z koralików, plamki na tyłku, zawadiacka mina, nawet powieki zrobiłam. Zgodnie z instrukcją włożyłam na kwadrans do piekarnika. ![]() I proszę: U góry ptaszek, niżej żyrafka. Najgorsze jednak jest to, że nie miałam przyjemności z lepienia - liczył się tylko efekt. Gdzie to uciekło i czemu nie wróci? I dlaczego dziś piaskownice są puste, a w piłkę lepiej gra się w sieci? Nawet lalki można w sieci ubierać. Mają piękne imiona: Stephany, Angelina, Doris... Nie wiem, może tak też jest dobrze. Może to też się wspomina z sentymentem, a chęć powrotu też jest nieznośna. Ja w każdym razie postanowiłam, że wręczę i ptaszka i żyrafkę, bo liczą się intencje, jak to my dorośli lubimy powtarzać. Zresztą i tak nie mogę narzekać. Tkwię w świecie bajek po uszy, aż dziwne, że się od tego nie kurczę. 2009-12-22 21:23:08 skomentuj (0) Bajka o rozczarowanym rumaku Romualdzie. Wrzucam piątą bajkę. Ostatnio wpuszczam tu tylko bajki, ale mam tyle nieblogowego pisania, że nie wyrabiam. Ta jest na tyle śmieszna, że aż sama się śmieję. Miłej lektury (jeśli ktokolwiek to czyta:) Bajka o rozczarowanym rumaku Romualdzie.
Bajka o mnie? To musi być jakaś pomyłka. Może to bajka o rycerzu w złotej zbroi i jego wiernym, nieistotnym koniu? Albo bajka o zapłakanej królewnie, którą rozśmieszył piękny książę, a jego koń go tam dowiózł, ale to nieważne? Albo bajka o dzielnym królewiczu, co ocalił pół królestwa, dzięki swej odwadze, sprytowi, sile... no i też dzięki jakiemuś tam koniu... koniowi...? Tak, to musi być pomyłka. Nie ma bajek o koniach. Ale skoro już tu jestem, chyba powinienem się przedstawić... Choć to nie ma najmniejszego znaczenia. Bo pewnie zaraz przyjdzie tu jakiś królewicz, czy inny bohater, dosiądzie mnie i pojedzie w stronę zachodzącego słońca, ratować Śnieżki, Śpiące, czy inne Kopciuszki. I będzie się ze mnie śmiał, że się przedstawiam, skoro to bajka o nim. Ale jeszcze go nie ma! A zatem jestem rumak Romuald i jestem rozczarowany. A dlaczego jestem rozczarowany? Bo odbyłem już sto wypraw, wożąc stu różnych bohaterów z bajek (a musisz wiedzieć, że niektórzy są grubi i ciężcy), uratowałem dziewięćdziesiąt dziewięć królewien (bo jedna zakochała się w smoku i się nie dała uratować) a nikt nigdy o mnie nie pamięta! Dlatego, choć żyję w świecie czarów, jestem bardzo rozczarowany. Bo zobacz, weźmy na przykład bajkę o Kopciuszku, na pewno ją znasz. Kopciuszek jechał na bal w karocy z dyni. Kto ją prowadził? Ja! Kto omijał wszystkie dziury w asfalcie? Ja! A potem książę wziął buta Kopciuszka i jej szukał. Pieszo? Jasne, książę pieszo... Oczywiście, że ja go wiozłem! A Śpiąca Królewna? Czy to Królewicz przedzierał się przez kolczaste krzewy? Nie, to ja! Ja pokłułem sobie zadek, a on to tylko wygodnie siedział i wołał „Juhuu!”. I tak jest zawsze, normalnie zawsze! Wszyscy się ściskają, całują, urządzają przyjęcia, żyją długo i szczęśliwie, a mnie odprowadzają do stajni i dają jakieś beznadziejne siano. I nigdy mnie nie ma w napisach końcowych. A przecież ja też jestem odważny, dzielny i mądry. Umiem galopować, kłusować, stepować i prychać na niebezpieczeństwo. I to ja się pierwszy zrywam, gdy dama woła „ratunku, ratunku”. O, na przykład teraz, słyszysz? - Ratunku! Ratunku! – właśnie ktoś woła, a ja się pierwszy zerwałem. Zaraz przyjdzie bohater i wyruszy na mnie na ratunek. - Ratunku! Ratunku! – znowu ktoś woła. Bohater powinien już tu być. - Ratunku! Ratunku! – bohater pewnie szuka miecza i zaraz tu przyjdzie. - Ratunku! Ratunku! Jakoś nie przychodzi. Może zaspał? A... to znaczy... że może w ogóle nie przyjdzie! Czy to jest właśnie moja szansa? Czy teraz to ja będę bohaterem? Ojejku, jejku, chyba tak! To moja chwila! To mój moment prawdy! To moje pięć minut! To... - No pospiesz się! Tak, tak, już, poczekaj, królewno w opałach! Tylko się ogarnę! Kopyta? Są. Grzywa? Jest, potargana, ale może być. Błysk w oku? Jest. Ogon na miejscu. Wszystko mam. A więc w drogę! Jestem taki podniecony! Aż zawołam: - Hop hooop?! Piękna królewno, gdzie jesteś najdroższa, ocalę cię! – królewicze zawsze tak wołają. - Jestem tu, przykleiłam się! - Przykleiłaś się do wysokiej wieży?! - Nie! - Do smoka? - Nie! - Do złego czarnoksiężnika? - No co ty, zgłupiałeś? Przykleiłam się do kleju! - Ale gdzie jesteś? - W kuchni! A więc to właśnie jest me przeznaczenie! Zła, czarodziejska kuchnia, pełna zaklęć, demonów i magii... - Hop hooop! – wołam – czy tam jest pełno zaklęć, demonów i magii? - Maggi? Tej przyprawy do zupy? Pełno! – odpowiada mi ma luba.
Nie ma czasu do stracenia. Trzeba ruszać. Ale jak mam ruszyć, kiedy nikt nie powiedział: „wio!”? Nie potrafię bez „wio”. Albo chociaż „wiśta”. Od której nogi mam zacząć? Jeśli zacznę od lewej, to następna będzie prawa czy znowu lewa?
- Ratunku! Pomocy! – Ojejku, jejku, królewna w opałach! Raz koniu śmierć! Ruszam z lewej. O, już biegnę! Galopuję! Sam, bez jeźdźca, ale fajnie! Biegnę, biegnę, ja, rumak Romuald, biegnę prosto na drzewo, zaraz trzeba będzie skręcać. Drzewo jest tuż-tuż, trzeba skręcać. Ktoś musi pociągnąć mnie za uzdę! Nie potrafię skręcać sam! ...No i się wywaliłem. Ojej, takie jeżdżenie samemu jest trudniejsze, niż myślałem. Ci bohaterowie to jednak nie są zupełnie do niczego. - No jedziesz, czy nie, głodna jestem! – krzyczy moja królewna w opałach. - Jadę, jadę, mam do pokonania wiele przeszkód i niebezpieczeństw, jak to w prawdziwej bajce!
Biegnę dalej, już umiem skręcać. Wybiegłem z lasu. Mijam jeden dom, drugi, pocztę, twoje przedszkole, a wołanie mojej królewny jest coraz głośniejsze i głośniejsze... Ach, jaka ona będzie szczęśliwa, gdy ją uratuję! Rzuci się na mnie, obejmie mnie kopytami, zrobimy przyjęcie i będziemy żyli długo i szczęśliwie! Jak w bajce! Ach, muszę ją o coś zapytać! - Królewno! – wołam. – A jaki masz kolor? - Yyy... Czarny – odpowiada. - Wspaniale, ja jestem biały! A jaką masz grzywę? - Nie mam grzywy! Zły czarnoksiężnik obciął jej grzywę, a to łajdak. Ale muszę jeszcze o coś zapytać. - A powiedz mi, lubisz galopować brzegiem jeziora, gdy nocna rosa smaga cię po kolanach? - No, yyy, wiesz, yyy... – zastanawia się moja luba – jeszcze nie próbowałam, ale to może być wporzo. Jaka ona współczesna! Wporzo, ależ to cudowne słowo! Galopuję dalej. I oto mym oczom jawi się pierwsza przeszkoda. Zły, zaczarowany domofon. Usiłuję nacisnąć kopytem jakiś numer, ale wciskają się wszystkie naraz. W końcu ktoś (na pewno zły czarnoksiężnik, albo smok) mówi: „Halo? Kto tam?” a ja w odpowiedzi rżę: „Iiiijaaaa!” „A, to ty” – ktoś odpowiada i drzwi się otwierają. Ale go oszukałem! Biegnę po schodach, moja luba nawołuje, że przykleiła się na szóstym piętrze, próbuję wjechać windą, ale się nie mieszczę, a to oznacza, że muszę pokonać schody! Rach! Ciach! Pokonuję pierwsze piętro! Poddało się prawie bez walki! Hop! Siup! Drugie! Rym! Cym! Trzecie! Brzdęk! Grdęk!! Czwarte! Bał! Łał! Piąte! Uff... Puff... Szóste... Drzwi są otwarte. Wchodzę. - Hop hooop! Luba moja! – Wołam – zaraz cię ocalę! - No wreszcie, kurde. Jak wicher wpadam do kuchni. Rozglądam się, przygotowany na wszelkie niebezpieczeństwo, ale żadnego niebezpieczeństwa nie widzę. Rozglądam się raz jeszcze, gotów ujrzeć mą królewnę w opałach, ale nie widzę ani królewny, ani opałów. - Hop hooop! – wołam dzielnie – gdzie jesteś? To ja, twój bohater, rumak Romuald, przybyłem, by cię ocalić! - Tu jestem! – odzywa się ma luba. - Gdzie? - No tutaj! - Ach! Czyżby zły czarnoksiężnik sprawił, że jesteś niewidzialna?! – pytam. - Co ty pleciesz, jaki czarnoksiężnik! Tu jestem, no! Tutaj, pod lampą przecież. Rozglądam się bacznie, ale pod lampą wisi tylko lep na muchy. - Hop hoop, ale tu nikogo nie ma – mówię. - No jak nie, jak tak? Ja jestem, odklej mnie! Podchodzę bliżej... Poza muchą na lepie na muchy, nie ma nikogo. - Hop hop, nie widzę cię! – wołam zrozpaczony. - To se kup okulary – odpowiada dziwna, niewidzialna królewna. - Patrzysz na mnie, to ja, mucha Marzena! Mucha? Moja luba to mucha?! Przebiegłem łąki, lasy, knieje i trzy osiedla, by ocalić... muchę?! Więc to jest właśnie ta moja bajka... - Co, rozczarowany? – pyta mucha. – Pomożesz mi, czy nie? - Ale ty nie jesteś królewną. - Nie jestem. Pomożesz mi? - Dlaczego nie jesteś królewną?! - Bo królewny są rozpieszczone i mają muchy w nosie. Proszę, pomóż mi, ty, jak ci tam, bo zaraz umrę. - Romuald jestem. - Marzena. To co, odkleisz mnie, czy mam tu tak sobie dyndać?
Pomogę jej, co mi tam. To nie trudne, wystarczy polizać i zaraz się odklei. Ach, ironio... Jedyna na świecie bajka o rumaku Romualdzie i akurat do uratowania trafia się zwykła, mała, czarna mucha... Znów jestem rozczarowany... Smutny... A ta mucha lata szalona wokół mego smutnego łba... Coś tam sobie bzyczy... Co ona bzyczy?
- Dzięki Romek, uratowałeś mi życie, gdyby nie ty, to bym zdechła na sto procent! – mówi. – Normalnie mega odważny jesteś, wiesz? - No co ty, ja? – pytam, bo w końcu nie było ani czarnoksiężnika, ani smoka, ani nawet szklanej góry... - No! – odpowiada mucha Marzena – Nie słyszałam jeszcze, żeby jakiś koń wlazł na szóste piętro wieżowca. Normalnie mistrzu jesteś! Numer jeden jesteś! - Numer jeden? – dziwię się – Nigdy wcześniej nie było o tym bajki? - Jak babcię kocham, że nie było! - Jesteś pewna? – pytam. - No na kozi zadek, że nie było!
A więc jestem pierwszym bohaterem na świecie, który wszedł na szóste piętro i uratował muchę! To już coś, to chyba coś znaczy... Gdyby nie ja, ta biedna mucha umarłaby w samotności, błagając o ratunek, coraz ciszej i cieszej... A ja przybyłem, pokonałem schody i ją uratowałem! Może to niewiele, może to tylko mała mucha, ale gdyby nie ja... Jestem dzielny, mądry, odważny i umiem sam skręcać! A teraz proszę, proszę jeszcze tylko o jedno zdanie. Tylko to jedno, najważniejsze zdanie...
I żyli długo i szczęśliwie.
Dzięks.
Tagi: bajka 2009-12-16 20:59:27 skomentuj (0) Bajka i Majka Kolejna, czli czwarta z cyklu. Bajka i Majka
Jestem Majka, a ty? Jestem pchłą podróżniczką. Zwiedziłam cały świat! Byłam w Kaliszu, w Poznaniu, Kudowie Zdrój, w zoo i w Indiach. Podróżowałam tak i siak, zwykle na psach, ale trafiła mi się też żyrafa, perska kotka Fiu Fiu, tygrys Borys i pluszowy miś Stefan. No i właśnie o tym będzie moja historyjka. To znaczy o tym misiu Stefanie. Pewnie nie wiesz, jeszcze ci nie mówiłam, ale mam brata i on jest bardzo fajny i starszy. Ma na imię Maciek, po prapraprapradziadku. Bardzo się kochamy i zawsze podróżujemy razem. Bo ja jestem jeszcze malutka i Maciek musi się mną opiekować. Któregoś razu, to było chyba w Poznaniu, jedliśmy sobie spokojnie śniadanie na jamniku, aż tu nagle zobaczyłam taki piękny, piękny kolor. Nigdy wcześniej takiego nie widziałam. Szybko połknęłam ostatni kęs i podskoczyłam bliżej, a mój brat za mną, bo jestem malutka i Maciek musi się mną opiekować. No i pytam go, jaki to kolor. A Maciek mówi, że różowy, bo Maciek wie wszystko. Poczułam, że bardzo, bardzo lubię taki kolor. I że musi być naprawdę smaczny. Chciałam przeskoczyć na to śliczne, różowe zwierzątko, a wtedy Maciek na mnie krzyknął: - Majka! Dokąd to? – i złapał mnie za nogę. - Na to śliczne, różowe zwierzątko, a co? – odpowiedziałam. - A nico. Nie ma różowych zwierzątek. – mądrzył się mój brat. Pomyślałam, że mu się pomyliło, bo przecież to zwierzątko, na które chciałam wskoczyć, miało oczka, uszka, łapki i brzuszek, a więc było najprawdziwszym, ślicznym i smacznym różowym zwierzątkiem. I powiedziałam to mojemu bratu, a on na to: - Oj, dzieciaku, jeszcze wiele się musisz nauczyć. Lubisz, jak ktoś mówi do ciebie dzieciaku? Bo ja nie. Pomyślałam sobie, że Maciek zawsze zgrywa ważniaka i nigdy mi na nic nie pozwala, tylko dlatego, że jestem taka mała. I dlatego się obraziłam. A ja się obrażam najlepiej na świecie. Odwracam się tyłem, na wszystko odpowiadam „mm” i podnoszę brodę do góry, ale patrzę w dół, o tak. Obrażam się doskonale, ale trochę za często, bo Maciek już się tak tym nie interesuje. Wrócił do śniadania, a wtedy ja hyc! Na różowe zwierzątko. Maciek zaraz krzyknął „wracaj!”, ale ono miało taką milutką, puszystą sierść, że nie chciałam. Mój braciszek już miał skoczyć do mnie i na pewno mnie skrzyczeć, że się go znowu nie słucham, ale nagle jego jamnik się obudził i gdzieś poszedł. Razem z Maćkiem! Widziałam mojego brata, jak wymachiwał do mnie i coś wołał, ale nie mogłam go już usłyszeć! A potem zniknął. Pierwszy raz w życiu zostałam zupełnie sama i bardzo się bałam. Bo ja jestem jeszcze malutka i mój brat musi się mną opiekować i nawet, gdy mówi do mnie dzieciaku, to go kocham. Zaczęłam płakać, a gdy płaczę, robię się głodna. Na szczęście miałam moje śliczne różowe zwierzątko. Spróbowałam je troszkę skubnąć i... i... okazało się, że jest niejadalne! Teraz już wiem, że pluszowych zwierzątek nie da się skubać, ale wiesz, jak się wtedy przeraziłam?! No bo tak: Byłam zupełnie sama. Maciek poszedł gdzieś na jamniku. I w dodatku nie było nic do zjedzenia. A my, pchły podróżniczki, musimy jadać czterdzieści trzy razy dziennie! Pomyślałam, że poczekam, może to moje różowe zwierzątko pójdzie za jamnikiem. Zwierzątka często za sobą chodzą. Ale ono tylko leżało i leżało i było bardzo zimne. Zatęskniłam za naszym jamniczkiem, a najbardziej za moim przemądrzałym Maćkiem. A jak się tęskni, to zrobi się wszystko, żeby się znowu zobaczyć. Dlatego zeskoczyłam z różowego zwierzątka. Cała się trzęsłam. Bo zawsze zeskakiwaliśmy z jednego zwierzątka na drugie, a teraz pierwszy raz skoczyłam na twardą podłogę. Pchły nie powinny skakać na podłogę. To bardzo niebezpieczne. Ale przecież musiałam znaleźć mojego braciszka! Skakałam w stronę, w którą poszedł jamnik, byłam bardzo ostrożna, ale podłoga jest zimna, twarda i śliska, dlatego się przewróciłam i zwichnęłam sobie odnóże. Ojejku, jak to bolało! Nie wyobrażasz sobie! Chyba że też sobie kiedyś zwichnąłeś odnóże. Teraz już nie tylko byłam głodna, sama i na podłodze, ale też nie mogłam dalej skakać! Rozpłakałam się. Pomyślałam, że już nigdy nie zobaczę Maćka i że będzie do mnie tęsknił i szukał mnie po całym świecie i że mnie nie znajdzie, bo będę cały czas tutaj i w końcu ktoś na mnie nadepnie. Wołałam: - Maciuś! Braciszku! Tutaj jestem! Usłyszał mnie komar. Nie lubiliśmy go z Maćkiem, bo jest złodziejem. To znaczy, że na przykład skubiesz sobie w spokoju jamnika, a on przylatuje, odpycha cię i jakby nigdy nic kradnie ci trochę z twojego jamnika, robi się taki spuchnięty od krwi i odlatuje. I trzeba zaraz uciekać, bo pies się denerwuje. Do nas jest przyzwyczajony, ale komar to co innego. Komar cupnął koło mnie i powiedział: - No. To po tobie, robaczku. Rozpłakałam się jeszcze bardziej. Bałam się go, bo jest chyba z pięć razy większy. To tak jakbyś ty swojemu koledze sięgał do kolan. Powiedział: - Nie jęcz. Co jest? - Nie mogę znaleźć braciszka – powiedziałam. - Jak nie mogę, podnieś nogę – zaśmiał się. - Ale ja nie mogę podnieść, bo właśnie sobie zwichnęłam – odpowiedziałam – i boli... - O w trąbkę, niewesoło. Chwile dwie i ktoś cię zdepnie – stwierdził. – A brachola gdzie zgubiłaś? - Właśnie nie wiem, szukałam go, ale teraz nie mogę się ruszyć... Pomóż mi, proszę – powiedziałam. - Nie – rzekł komar. Odleciał, ale po chwili znowu cupnął, trochę dalej ode mnie. Jak nie, to nie, pomyślałam i zaczęłam kuśtykać w stronę, w którą poszedł jamnik. Bolała mnie zwichnięta nóżka, ale tak tęskniłam do Maciusia, że kuśtykałam dalej. Zacisnęłam zęby, żeby mniej bolało. Szłam powolutku, milimetr za milimetrem. Komar siedział obok i się uśmiechał. Nie patrzyłam na niego, szłam do braciszka. Usłyszałam, że komar się śmieje. Pomyślałam o braciszku, który na pewno się o mnie martwi. Kuśtykałam powolutku, ale wiedziałam, że kiedyś dojdę. Komar aż beknął ze śmiechu. Nagle, zupełnie znikąd, pojawił się kapeć. Maciek mi mówił, że kapeć odbiera pchłom życie. Zrobiło się ciemno, widziałam, jak kapeć z taką straszną prędkością opada na podłogę. No to po mnie, pomyślałam. Zamknęłam oczy. Usłyszałam wielkie łup! ...I to wszystko. Otworzyłam oczy i znów było jasno. Kapeć nie trafił. Komar leżał w tym samym miejscu, z którego wcześniej się śmiał, ale teraz cały się trząsł. Mamrotał: - Już po mnie, już po mnie, mamusiu, pomóż mi, mamusiu... Podkuśtykałam do niego i czekałam, aż otworzy oczy, ale nie otworzył, więc go pogłaskałam. - Już po wszystkim, nie bój się – powiedziałam. – Jestem Majka, a ty? Komar otworzył najpierw jedno oko, a potem drugie. - Mamusia? – zapytał. - Majka, a ty? – chciałam podać mu rękę, ale jest ode mnie chyba pięć razy większy, więc pogłaskałam go po nodze. Komar wstał, otrząsnął się, wyprostował kłujkę i mruknął: - Zdzich. Uśmiechnęłam się, bo kuzyn mojego prapraprapradziadka też miał tak na imię. I wiesz co? Ten Zdzich okazał się być lepszy niż mi się wydawało, bo wziął mnie pod skrzydła i podrzucił prosto na jamnika! Stanęłam na głowie psa, bo stamtąd jest najlepszy widok, i wołałam: „Maciuś! To ja, Majka, jesteś tam?!” Wołałam bardzo długo, ale Maćka nie było! No i znowu się rozpłakałam. Gdzie on może być? Komar Zdzich, który w międzyczasie przestał się trząść, właśnie skończył podwieczorek. Byłam zrozpaczona, w dodatku jamnik się zdenerwował i próbował nas wygryźć. Zdzich chwycił mnie w ostatniej chwili tuż przed kłami jamnika i porwał w górę. - Gdzie lecisz? – zapytałam przez łzy. Ale nie odpowiedział. Lecieliśmy długo, Zdzich zatoczył wiele kółek, aż wylądowaliśmy... Nie uwierzysz gdzie. Na różowym, pluszowym, niejadalnym zwierzaku. Jak myślisz, co zrobiłam? Tak, rozpłakałam się jeszcze mocniej. No bo jestem przecież malutka, boli mnie nóżka i pokonałam taką długą drogę tylko po to... żeby wrócić?! Płakałam i płakałam, mimo że Zdzich mnie uciszał. I nagle usłyszałam: - Majka? Majka!!! To ty? To był głos Maćka! Zobaczyłam go, jak skacze przez różowe futerko misia Stefana, coraz bliżej, do mnie, do swojej siostrzyczki! Wpadliśmy sobie w łapki i prawie się udusiliśmy z miłości. Maciek powiedział, że skoczył mnie szukać, pierwszy raz był na podłodze i o mało co, a nie zginął pod kapciem. Znalazł różowego misia, ale mnie na nim nie było i bardzo się martwił. Ja myślę, że tak jak ja się rozpłakał, ale wstydzi się przyznać, jak to chłopaki. Powiedział, że poleciałby za mną nawet na księżyc. Gdy skończyliśmy się przytulać, komara Zdzicha już nie było. Nawet nie zauważyłam, kiedy odleciał. Mam nadzieję, że kiedyś jeszcze go spotkam i zjemy razem śniadanie.
Koniec. Dziękuję. Tagi: bajka 2009-12-10 00:47:43 skomentuj (0) Bajka o zakochanej kotce Fiu Fiu. Kolejna bajka. Tym razem wyszła dziwnie wzruszająco. Chyba. Bajka o zakochanej kotce Fiu Fiu.
Miau... Miau, miau, miau. Miau miau! Miauuu.... Ojej, zaraz, czy ja to powiedziałam w kocim języku? Przepraszam, powoli zapominam mowę ludzi. Mówiłam, że słońce zachodzi za górami, teraz czas na moją bajkę. Moją najpiękniejszą bajkę. Jestem białą perską kotką i mam na imię Fiu Fiu. No dobrze... Już nie jestem taka biała. Ale słońce zachodzi, a nocą wszystkie koty są czarne, prawda? Moja bajka zaczyna się dwa miesiące temu w Poznaniu, w apartamencie nad rzeką. Miałam tam swoich ludzi, Adasia i Magdę. Z okna mojego pokoju roztaczał się wspaniały widok na dziką rzekę Wartę. Nigdy wcześniej nad nią nie byłam – była zbyt dzika. Rano spacerowały po niej psy, wyprowadzając na spacer swoich ludzi, a wieczorem było po prostu zbyt ciemno, by wychodzić. Moi ludzie drapali mnie za uszami, gładzili po grzbiecie, pieścili brzuszek, czesali futerko (no tego akurat nie lubiłam do tego stopnia, że drapałam ich po rękach). Mieli dla mnie mnóstwo smakołyków, a nocą zakradałam się im do łóżka i kładłam Adasiowi na twarzy. Myślę, że to uwielbiał, bo po piątym moim podejściu nigdy nie protestował. W ciągu dnia moi ludzie wychodzili z domu, by upolować dla mnie coś pysznego, a ja nie musiałam nic robić i całe dnie wylegiwałam się w słonecznej plamie na fotelu. Czasami oglądaliśmy razem telewizję... I tak właśnie rozpoczęło się moje szczęście.
Leżałam spokojnie na kolanach Magdy, podczas gdy ona sprzeczała się z Adasiem, co będą oglądać. Magda chciała zobaczyć powtórkę meczu, a Adaś film z Jackiem Nicholsonem. Na szczęście moi ludzie nigdy się długo nie kłócą, dlatego wspólnie przełączyli na Animal Planet. Wtedy ujrzałam go po raz pierwszy. Stał do mnie tyłem, skupiony wpatrywał się w przełęcz. Powoli kręcił pięknym, pasiastym ogonem i milczał. Zeskoczyłam z kolan Magdy i podbiegłam do telewizora. A on jakby to poczuł, bo odwrócił się do mnie, spojrzał mi głęboko w oczy i szepnął: „Idzie burza”. I rzeczywiście, po chwili już biegł, smagany wiatrem, mrużył złote oczy... A ja... A ja poczułam, że go kocham. Nie dziw się, czasami tak zwyczajnie jest. Adaś wziął mnie na ręce i powiedział: „Fiu Fiu, spodobał ci się tygrys, co?” Krzyknęłam: „Tak! Tak! Puść, pozwól mi na niego popatrzeć!” i zeskoczyłam na podłogę. Nie pamiętam już, dlaczego nagle wyłączyli telewizor. Wiedziałam tylko, że ma na imię Borys, mieszka w Indiach i że muszę go odnaleźć. Przy pierwszej okazji wymknęłam się z domu. Ale nie myśl sobie, że odeszłam bez pożegnania! Na wycieraczce zostawiłam moim ludziom wiadomość. Konik polny, którego upolowałam, oznaczał, że musiałam na trochę wyskoczyć. Biały motyl, że się zakochałam. A karaluch, że na pewno wrócę.
Telewizja nauczyła mnie, że, żeby trafić gdzieś daleko, trzeba mieć duży, biały samolot, a takich najwięcej jest na lotnisku. Droga do lotniska była najbardziej przerażającą drogą mojego życia. Bo wiesz, wiedziałam, że to musi być daleko, ale wtedy daleko oznaczało dla mnie trasę z kuchni do ostatniego pokoju na lewo. Pobiegłam w stronę rzeki – byłam pewna, że lotnisko jest tuż obok. Ale nad rzeką były tylko śmierdzące butelki, trochę szeleszczących worków i dwa białe łabędzie. Białe, tak jak ja. Dlatego do nich podeszłam. - Hej, gdzie tu jest lotnisko? – spytałam najuprzejmiej, ale łabędzie nie chciały ze mną rozmawiać. Odwróciły się tyłem, schowały głowy pod wodę i wypięły do mnie... swoje ogony. - A przepraszam? – zapytał jeden spod wody. No tak, pomyślałam. Żeby być miłym, zawsze najpierw trzeba za coś przeprosić... To dziwne. Ale działa, bo gdy przeprosiłam i zapytałam jeszcze raz, łabędzie wskazały mi drogę.
Nie pytaj mnie, proszę, co przeżyłam w drodze na lotnisko. Nie pytaj, dlaczego znalazłam się na środku ruchliwej ulicy, ani jak udało mi się z niej uciec. Przeżyłam koszmar, w dodatku lewą łapką weszłam w psią kupę. Gdy dotarłam na lotnisko, płakałam, chciałam wracać do domu, dostać smakołyk i o wszystkim zapomnieć. Ale moja miłość do Borysa była od tego silniejsza.
Niestety miłość do Borysa nie nauczyła mnie czytać i nie miałam pojęcia, który samolot leci do Indii. Usiadłam na środku ogromnej hali i zastanawiałam się, co robić. Wtedy moje ucho powiedziało do mnie: - Jestem Majka, a ty? - Nie jesteś Majka, tylko ucho, nie przeszkadzaj mi teraz – odpowiedziałam. - Ucho? Pierwsze słyszę – stwierdziło ucho. – Jestem Majka, a ty? - Daj mi spokój, uszy tyle nie gadają! – syknęłam. A wtedy moje ucho krzyknęło: - Maciek, a ona mówi, że ja jestem ucho! – i zaczęło płakać. Na to odezwał się mój nos: - Spoko loko, siostra, mam ją ugryźć? No tego już za wiele, żeby mój własny nos chciał mnie ugryźć? Zamachnęłam się łapą i... zadrapałam sobie nosek! Tymczasem moje drugie ucho nagle zapytało: - E, kicia, ty głupia jesteś, czy tylko udajesz? Co ty, pcheł nie miałaś? - Nie – odpowiedziałam. – A co to są pchły? - To ty nie wiesz? – zdziwiło się pierwsze ucho – Maciek, a ona nie wie, co to są pchły! - Czy to coś złego? – wystraszyłam się. - Eee... Złego? – powiedział Maciek – Nie, coś ty! Pchły są, tego, najlepsze na świecie i możesz być dumna, że je złapałaś! - Jestem Majka, a ty? – spytała Majka. - A ja jestem Fiu Fiu. Wiecie, którym samolotem leci się do Indii? - Maciek wie, on wie wszystko! – zapiszczała Majka z mojego ucha – to mój starszy braciszek. - Do Indii to chyba te indiańskie – powiedział Maciek. – na przykład tamten. Ma napisane India coś tam. - Umiesz czytać! – ucieszyłam się – A słuchajcie, nie polecielibyście ze mną? - Maciek, a ona chce, żebyśmy z nią polecieli! – pisnęła Majka. - To byłby zaszczyt – miauknęłam przymilnie. - No wiadomo, że zaszczyt, nie, Majka?
Jak to dobrze, że złapałam pchły. Odkąd zamieszkały na mnie, coś raz po raz mnie podgryzało w różnych miejscach, ale Maciek wytłumaczył mi, że to miłość do Borysa daje o sobie znać. Pchły zrozumiały od razu, że to prawdziwe uczucie. Majka powiedziała, że kocha Maćka ponad życie i poleciałaby za nim nawet na księżyc. Księżyc to ten biały krążek na niebie, do którego się miauczy.
Lot spędziliśmy w luku bagażowym. Najgorzej było przy starcie i lądowaniu, kiedy pospadały na nas torby, ale w międzyczasie udało mi się nawet zdrzemnąć. Gdy dolecieliśmy do Indii, jeszcze odrobinę przypominałam białą, perską kotkę. Ale gdybyś, tak jak ja, potem maszerował wiele tygodni przez góry, prowadzony tylko miłością do Borysa, bez okruszynki karmy dla kotów, też zacząłbyś przypominać szarą, włochatą skarpetkę. Jednak to nie mój nowy wygląd był najgorszy – wiedziałam, że Borys pokocha mnie nawet taką. Słuchaj, najstraszniejsze było to, że nikt nie podawał mi jedzenia! Pierwszego dnia dzielnie czekałam, aż ktoś na ścieżce postawi przede mną miskę, ale gdy tak się nie stało ani pierwszego, ani drugiego, ani nawet trzeciego dnia, zrozumiałam, że sama muszę o to zadbać. No więc tak: Trawy w dużych ilościach nie polecam. Gliny też nie, choć wygląda jak moja karma. Najsmaczniejsze są larwy i pająki, do żab jakoś nie mogę się przekonać. Oczywiście, że brakuje mi moich smakołyków i w ogóle, cały czas tęsknię do Magdy i Adasia, ale miłość jest dla mnie najważniejsza. Dziwiło mnie, że Majka i Maciek nic nie jedzą, ale powiedzieli, że wystarczy im moje towarzystwo. To bardzo miło z ich strony.
Po sześciu tygodniach poczułam mojego ukochanego. Mówię ci, to najpiękniejszy zapach na świecie! Pędziłam do niego cały dzień, skaleczyłam się w łapkę i nawet się tym nie przejęłam. Ujrzałam go tuż przed zachodem słońca. Próbował czuwać, ale zaspany łeb wciąż leciał w dół. Mój Borys. Odczekałam aż zaśnie i usiadłam obok niego. Pomyślałam, że zrobię mu niespodziankę, będę pierwszym, co zobaczy, gdy rano otworzy oczy. Patrzę na jego olbrzymie wąsy. Liczę paski na policzkach. Wdycham jego oddech. Marzę o chwili, gdy obejmie mnie łapą. Jestem dokładnie tak samo duża, jak jego łapa. Będziemy do siebie pasowali. Słońce zaszło. Jestem taka szczęśliwa!
Dziękuję. Tagi: bajka 2009-12-02 23:23:34 skomentuj (0) Uff. Dziś poczułam ulgę. Odkryłam, że cała Polska czyta! 1 procent populacji - grzmią nieprawdziwe sondaże. Sama na przykład złapałam się na tym, że czytałam tramwaj. Głos Wielkopolski - o Poznaniu wiemy wszystko! Spojrzałam w bok i co? Niepostrzeżenie czytam rusztowanie! Kawałek dalej wczytałam się w przystanek autobusowy, a zaraz potem znienacka pochłonęła mnie lektura ulotki o szkole policealnej numer jeden w Wielkopolsce. Jeszcze przed klatką przeczytałam od deski do deski wyprzedaż okularów korekcyjnych, a w skrzynce na rachunki czekał na mnie stos włoskiej literatury gastronomicznej z dowozem gratis. Od tego całodziennego czytania rozbolała mnie głowa, dlatego z pasją oddałam się Terminatorowi 2, z polskim lektorem. Film wspaniały i pełen treści. 2009-12-01 22:42:19 skomentuj (1) Bajka o Owieczce, która ciągle się gubiła. No i wreszcie jest jakiś konkurs. Mam motywację i piszę. To będzie zbiór bajek dla dzieci, pierwsza o molu Zbyszku, już tu jest. Oto druga. Jak to dobrze pisać! (I mieć wszystkie prawa zastrzeżone, R w kółeczku, C w kółeczku.) Bajka o Owieczce, która ciągle się gubiła.
Cześć. Jestem owieczką, mam na imię Owieczka i pochodzę z plastiku. To znaczy nie, pomyliłam się, jestem zrobiona z plastiku, a w środku z powietrza i tak naprawdę pochodzę z bożonarodzeniowej szopki. Niewiele stamtąd pamiętam, najbardziej Jezuska z dziurką w plecach, żeby trzymał się żłóbka. Jezusek był miły, mówił „ga ga ga”, „gu gu gu” i nie miał jeszcze zębów. Ale w szopce mieszkałam krótko, bo bardzo szybko się zgubiłam. Ja się w ogóle bardzo szybko gubię. Najdłużej to się gubiłam pięć sekund, bo wpadłam za szafkę i długo leciałam. Trochę mi się porysowało ucho od upadku, ale to nieważne, i tak się lubię.
No i właśnie o tym moim najdłuższym zgubieniu będzie ta historia. Bo ja za tą szafką byłam zgubiona ładnych kilka godzin! Na początku mi się nudziło i nawet krzyczałam: „Tu jestem! To ja, Owieczka, jestem za szafką!” Ale jak się ma w środku powietrze, to umie się krzyczeć tylko po cichutku, tak jak krzyczy mały wietrzyk. I się tak nudziłam i nudziłam, podrzucałam sobie kurz dla zabawy i wyobrażałam sobie, że to bożonarodzeniowy śnieg... Ale to też było nudne. I gdyby nie to gramolenie, to bym się zanudziła na śmierć. Aha, aha, bo ja nie powiedziałam jeszcze, że coś się gramoliło! Najpierw gramoliło się tak troszeczkę. Potem gramoliło się odrobinkę. Później gramoliło się bardzo, a na końcu to gramoliło się przeraźliwie. I się przeraziłam. A jak się wygramoliło, to nic nie powiedziało, tylko na mnie usiadło. - Przepraszam – szepnęłam – ale chyba na mnie usiadłeś. - Nieprawda – odpowiedziało to coś. - Ale właśnie prawda, bo mi ciężko! – zawołałam głośniej, bo mi było ciężko. A to coś tylko się poprawiło i mruknęło: - Mi też jest ciężko. Zapytałam, czy na nim też coś usiadło, ale chyba mnie nie usłyszał. I siedział dalej, a mnie znowu zaczęło się nudzić. Dlatego go troszkę ugryzłam, tak, żeby podskoczył, a jak podskoczył, to ja też skoczyłam – w bok – i byłam wolna. - Cześć – powiedziałam – jestem Owieczka, a ty? - A ja jestem Szczur. Za szafką było ciemno, ale moje namalowane oczka są bardzo bystre i dlatego dokładnie przyjrzałam się Szczurowi. Był potargany i brudny, do pleców miał przyklejoną gumę do żucia, a do tego bardzo śmierdział. Zapytałam go, czy tutaj mieszka i poprosiłam, żeby krzyknął głośno (bo ja nie potrafię) że się zgubiłam. No i on krzyknął, tylko że na mnie. - Zaraz cię zjem! – tak krzyknął. Bardzo się przestraszyłam i pomyślałam, że on nie jest dobry, bo nie powinno się zjadać nikogo, zwłaszcza, gdy ten ktoś jest z plastiku. Chciałam uciekać, ale przecież gdybym mogła uciekać, to już dawno bym uciekła i się znowu znalazła. A wujek święty Józef z szopki zawsze powtarzał, że gdy ktoś jest zły, należy go zapytać dlaczego. - Dlaczego chcesz mnie zjeść? – spytałam. - Bo tak robią złe, parszywe szczury, a ja jestem złym parszywym Szczurem. - Ten, kto tak powiedział, powinien cię przeprosić – odpowiedziałam. - Dlaczego? - Bo nie powinno się mówić o nikim, że jest zły i parszywy. Szczur spojrzał na mnie jednym okiem i wtedy zauważyłam, że ma tylko jedno oko. I zrobiło mi się go żal. Powiedziałam mu o tym, bo ciocia Marysia z szopki powtarzała, że należy mówić prawdę. Powiedziałam mu też, że nie powinien mnie jeść, bo jestem z plastiku i nic złego mu nie zrobiłam i że możemy wołać razem, żeby nas znaleziono, a wtedy Szczur się rozpłakał. Chciałam go pogłaskać, ale warknął na mnie i zamachnął się łapą. Pomyślałam, że musi być bardzo nieszczęśliwy. I zaraz sama poczułam się nieszczęśliwa i też się rozpłakałam, bo jestem bardzo wrażliwą Owieczką. Płakaliśmy sobie razem, a ja pomyślałam po chwili, że może już nigdy się nie odnajdę, dlatego zaczęłam płakać dużo głośniej niż Szczur. - Ej, Owca, nie becz – powiedział Szczur i wydmuchał nos w łapę, a potem wytarł to o podłogę – nic ci nie zrobię, no. - Wiem – zabeczałam – płaczę, bo mi smutno, bo może już nigdy nas nie znajdą! - Na pewno nas nie znajdą – odparł Szczur i zamknął oko. – Tutaj zostaje się na zawsze. I odwrócił się do mnie plecami. A wtedy moje bystre namalowane oczka zauważyły, że Szczur ma przy nodze... No właśnie – co? Jakby kawałek papierka. Gdzieś to już widziałam, tylko gdzie? - Co to jest, to, co masz na nodze? – zapytałam Szczura. - To pamiątka. Nieważna pamiątka – powiedział. Bałam się troszkę, ale podeszłam bliżej. Na papierku było napisane „Made in China” i nagle wszystko mi się przypomniało! - To jest metka! – zawołałam – Ty nie jesteś zły ani parszywy, ty jesteś pluszowy! - Jaki? – zdziwił się Szczur. - Pluszowy! - Nie ma pluszowych Szczurów. I to mnie zastanowiło, bo rzeczywiście, chyba nie ma pluszowych szczurów. A szkoda, bo byłyby śliczne. Piękne dwa ząbki, małe uszka, długi ogonek do zawijania na palec, gdy się zasypia... Długi ogonek... Ogonek... - Hej, ty nie masz ogonka! – krzyknęłam, bo coś mi przyszło do łebka. - No i co z tego – burknął Szczur. - I nie masz dwóch ząbków! - No i co z tego, ty też nie. - Przecież ty nie jesteś Szczurem! Ty jesteś... pluszowym Misiem! Szczur zerwał się na równe łapy i warknął: - Co powiedziałaś? - Że... jesteś... Misiem... - Misiem? Ja? ...Misiem! Stefanem! – zawołał Szczur, to znaczy pomyliłam się, Miś, i zaczął się kręcić w kółko – Stefan, Stefanek, Stefaneczek, Stefcio, Stefuluś, Stefaniunio! Jestem Misiem, pluszowym Misiem Stefanem!!! Pluszowy Miś Stefan wziął głęboki wdech i wrzasnął: - Ania! Anka, tu jestem! Aneczka! Ania! I ja też krzyczałam: „Ania, Aneczka, Anka!” ale po chwili pluszowy Miś przestał wołać i powiedział. - Już ją tak wołałem. Nie usłyszała. - Ale teraz będziemy wołać razem! To prawie dwa razy głośniej! – powiedziałam i znów zaczęłam krzyczeć – Ania! Anka! Aneczka! Miś Stefan zamknął mi pyszczek łapą. - I co? – spytał – mam się znaleźć taki parszywy, zły, śmierdzący i usmarkany, z gumą do żucia, bez oka? Ona mnie nie zechce. Tym razem wiedziałam, o co powinnam spytać. - Jak masz na imię? - Stefan, przecież wiesz – mruknął Miś. - A ja nie mam imienia. Jestem tylko Owieczką. W dodatku zadrapałam sobie ucho. Ale wiem, że Ania mnie znajdzie. Cały czas się gdzieś gubię, a ona zawsze mnie znajduje i jest wtedy bardzo szczęśliwa. - Szczęśliwa z parszywego szczura? - Znowu ci się pomyliło. Za długo tu siedzisz, Misiu. Wołaj ze mną: Ania! Aneczka! Anula! Wołałam naprawdę głośno, aż dostałam chrypki, ale Stefan w końcu przyłączył się do mnie i wołaliśmy razem, prawie dwa razy głośniej. I Ania nas znalazła.
Stefan bardzo się wstydził, przepraszał, że śmierdzi, ale Ania wcale go nie słuchała, tylko pocałowała, powąchała i wrzuciła do pralki. Machałam mu, gdy wirował. A potem już wszystko było dobrze. Ania postawiła mnie na biurku i szeptała coś Stefanowi na ucho. Mi nigdy nie szepcze, ale ja nie jestem pluszowa. Za to często zabiera mnie do szkoły. A najśmieszniejsze w tej całej historii jest to, że Stefan po wyschnięciu okazał się być różowy. I jest z tego naprawdę, naprawdę dumny.Koniec, dziękuję. Tagi: bajka 2009-12-01 00:09:01 skomentuj (0) Uparcie i w skrócie. Żucie. Dzień jak guma. Rozciągnięta między koorynacją rozszerzonej wersji projektu w ramach struktur agencji, a pisaniem na zajęcia o dziwce ciętej żyletką. Czyli: Projekty ośmiu materiałów POS (ulotka, display, owijka paletowa, naklejka na drzwi itede) i małej gastronomii (tent-card papierowy i stand przed wejściem). ON O czym teraz myślisz?
ONA O sporcie i wojnie. A ty? ON O plecach i żyletce. Odwróć się. ONA Kotek ma chęć na ziabawcię, kotek dośtał ziletkę i będzie siobie ciął? Po starych bliznach? ON Nie. Będę pisał, masz zgadywać, co. ONA Nie chcę. Ostatnio wyciąłeś mi „Jestem ze wsi”.(na końcu on ją zabija, a ja i tak nie jestem zadowolona) Rozciągam się Między porannym tościkiem a podziennym browarem. Polańskim na Pudelku a Polańskim w autobiografii. Hanną Lis a Hanną Krall. Niebem gwieździstym nade mną a psim kupskiem pod butem. Facebookiem a e-teatrem. Mamą a tatą. Poznaniem a Warszawą. Cieniem nad okiem i cieniem pod okiem. i znowu wymieniam wszystko od myślników-bezmyślników, ech. Wyżuwa się guma mózgowa, półkule jeb, jeb, lecą na boki, czas przykleić wszystko za ucho i iść spać. 2009-11-26 23:42:46 skomentuj (0) Schematt Najbardziej lubię siebie, gdy odpowiadam 'nie' bez 'dzięki'. Najbardziej lubię siebie, gdy budzę się z ciekawością. Najbardziej lubię siebie, gdy patrzę w popiół i myślę - to ja, nie ma co się pierdolić. Najbardziej lubię siebie, gdy przemilczam to, co muszę powiedzieć. Najbardziej lubię się zaskakiwać. Najbardziej lubię siebie śmierdzącą tam i tu. Najbardziej lubię siebie w porównaniu do kogoś. Najbardziej lubię siebie użalać. Najbardziej lubię siebie ogłuszać. Najbardziej lubię siebie upijać. Najbardziej lubię siebie tam. Najbardziej lubię siebie w centrum uwagi. Najbardziej lubię siebie kłaść. Najbardziej lubię siebie otwierać. Najbardziej lubię siebie lubić. Najbardziej lubię siebie w jedym śnie, który miałam, latałam nad ulicą. Najbardziej lubię siebie czystszą, niż chciałam. Najbardziej lubię siebie gdy inni mnie lubią. Najbardziej lubię siebie na plaży. Najbardziej lubię siebie, bo nie mam innego wyjścia. Najbardziej lubię siebie w dżinsach. Dwa 't' na końcu tytułu podkreślają, że lubię mocne początki i mocne zakończenia. 2009-11-20 23:21:08 skomentuj (2) Miłomi.
W dalekim kraju kwitnącej maliny żyła sobie dziewuszka
imieniem Miłomi.
Hej ho! 2009-11-20 20:25:11 skomentuj (0) Dobrze. Jak to dobrze wiedzieć, że nie ma się w sobie ufoludka. Wszystko robi się lżejsze i jak najbardziej do zniesienia, choć przecież przedtem tak samo go nie było. Jak to dobrze też wiedzieć, że wystarczy jeden telefon, żeby ktoś był przez te cholerne jeden do pięciu minut. Jak to dobrze, że gdyby jednak ufoludek we mnie siedział, wierzę, że wszystko jakoś by się udało.
Ps. Dzięki, Mat. 2009-11-12 22:46:48 skomentuj (3) Intuicja. Wróciłam właśnie ze szczecińskiego OKNA (festiwal teatralny organizowany przez teatr Kana). Jedną z rzeczy, które widziałam był spektakl Edit Kaldor, "Point Blank". Smutna i bez wyrazu dziewczyna nieprzekonująco przekonywała, by pomóc jej znaleźć swoją życiową drogę. Wśród tysięcy zdjęć, które zrobiła z ukrycia (w efekcie nie wiem która z dwóch - aktorka czy reżyserka przedstawienia) pokazywała obcych ludzi, nieodkrywczo egzaltując się, że to, jak będziemy żyć, zależy od wyborów, których dokonujemy. Ziewam. Ale nie o tym. Jedną z ciekawszych rzeczy, które zrobiła, był test przeprowadzony na widzach. Podobno w ciągu jednej sekundy każdy z nas intuicyjnie stwierdza, czy osoba, którą widzi, jest godna jego zaufania, czy nie. Kaldor pokazywała nam w szybkiej serii zdjęcia męskich twarzy. Mieliśmy odpowiedzieć sobie, czy wsiedlibyśmy do samochodu danego typa, czy nie. Łapiąc stopa. Zdjęć było kilkanaście. Ja tylko przy jednym pomyślałam "tak, wsiądę, ufam tej gębie." Po wszystkim okazało się, że ten jeden jedyny facet, który wzbudził moje zaufanie, to jedno jedyne zdjęcie znalezione w googlach, które Kaldor wkleiła celowo do zdjęć zwykłych przechodniów. Ted Bundy, ten, co zgwałcił i poćwiartował jakąś ufną dziewuchę. Mimo to, mam zamiar ufać intuicji. Zresztą nawet muszę. To już wiem, spędziwszy zbyt wiele jałowych godzin nad kartką Microsoft Word, zawieszona jak żyrandol, tylko dlatego, że objęłam sobie za cel napisać o tym, o czym wydaje mi się, że powinnam /łamane przez/ o tym, o czym myślę, że należy mówić /łamane przez/ o tym, o czym Duży Pan z dorobkiem dramaturgicznym każe /połamane przez/ tak zwany wielki i poważny temat. I siedzę i spalam kalorie siedząc, tymczasem na 'papier' wyskakuje jakaś porypana żaba. Albo zamarznięta na balkonie pani z gazowni. Albo gnidy z Paradajs. Albo pływanie synchroniczne robotników i owłosione łydy w wodzie. Mówię im spadówa, a one dalej są i zaczynają wymieniać uwagi. Nie mam pojęcia, co to jest Paradajs, ani czemu robotnicy ćwiczą balet, ale zaczynam się miło wiercić. I jeszcze jakiś czas temu bez zastanowienia pozwalałam im na wiele. Pisałam i wszystkim było przyjemnie. Teraz zbyt często jestem pouczana, by szukać tego, co ważne, skupiać się tylko na obranych z góry trasach, najlepiej jeszcze za wczasu uzbroić się w GPS dokumentacji. I siedzę. I wiszę. I gówno z tego wychodzi. A intuicja coraz częściej dostaje odleżyn. Na szczęście w szkole, w której jestem, zdarzają się błyskotki, dzięki którym jeszcze wierzę, że głupawa historia żaby, robotnicy w strojach kąpielowych, czy zwykła gnida, potrafią opowiadać historie. Nawet jeśli nie mądre, a głupie, nawet jeśli nie poważne, a niepoważne, to moje. Przedstawiam jedną błyskotkę, która zaraziła mnie radością z wymyślania niestworzonych opowieści. Ravenhill dopowiada to wszystko, o czym nie chce mi się pisać. Warto popatrzeć. http://www.youtube.com/watch?v=DLX-K_ObNdc&feature=player_embedded# Pozdrawiam Teda Bundy'ego i wszystkie niewłaściwe wybory. Tagi: okno, mark ravenhill, ted bundy, edit kaldor 2009-11-10 21:39:42 skomentuj (3) Sprostowanie. Cholera. Właśnie przeczytałam zdanie: "Nazywam się Zygmunt Kopacz i od czterdziestu lat sprzedaję pralki". Moją frustrację szlag trafił w obliczu takich kompetencji. 2009-11-05 22:47:18 skomentuj (0) Duchy i łańcuchy. Duchy mnie dziś dopadły. Nie, żeby wcześniej goniły, po prostu wzięły i dopadły. Pierwszy był duch niepozmywanych naczyń. Zaraz po nim duch ołowianych płuc. A potem już cała banda. Strasna zaba przyszła, ta od Gałczyńskiego, która miałabyć mówiona na egzaminie do aktorskiej siedem lat temu, ale jako że w głowie miałam jeszcze sieczkę, wybrałam Białoszewskiego i wyszło jak zawsze. Strasna zaba wyrecytowała się sama, z wyrzutem. Stelaż do kibli, o którym zmuszona jestem myśleć od trzech dni, żeby go (kurwa) zareklamować. Wyrypajew przyszedł i powiedział, że zaprasza na warsztaty do Warszawy. A ja nie wiem, czy chcę. Bo nie wiem, czy go lubię. Przyszedł mój były, miał kilka głów, dwa razy więcej rąk i nóg. Straszył mnie na kilka sposobów. Nieśmiała banda urwanych znajomości. Zawodzące i wrzeszczące miejsca, w których mnie nie ma. Robaki i nałogi. Potem jeb, jeb, jeb - zgraja łez. A na horyzoncie, wielkim ciężkim krokiem sunie miesiączka i woła: "Ej! To nie moja wina, nie zwalaj wszystkiego na mnie!" Poszłam kupić sobie ciuch, w sklepie pomyślałam, że ukradnę brzydką, tanią bransoletkę, bo mi się należy. Za mało jednak jeszcze miałam na sumieniu, tym razem po prostu ją kupiłam. Wróciłam z ciuchem, bransoletką, dziś bez piwa, napisałam tekst na zajęcia z Hanną Krall i wcale mnie to nie ucieszyło. Siedzę dalej, przywiązana łańcuchami - duchami. A co to będzie, gdy skończę pięćdziesiątkę i dojdą zmarszczki, zwisy i to wszystko, co zdążę przyjąć na klatę? Nienawidzę sfrustrowanych ludzi. Dlatego, zamiast dalej pisać, opowiem dowcip, obetnę paznokcie i pójdę spać. Przychodzi garbata baba do lekarza. A lekarz pyta: No i co się pani tak skrada.
Dziękuję. 2009-11-05 22:25:50 skomentuj (1) Bajka o Marku. Dawno, dawno temu, za siedmioma górami i siedmioma rzekami żyło sobie trzech braci. Najmłodszy z nich, Marek, był bardzo zacnym młodzieńcem, pomagał wszystkim, nie oczekując w zamian żadnej pomocy. Po prostu lubił robić wszystko za darmo. Miał mały, ładny domek i małe, ładne marzenia. Któregoś razu postanowił je spełnić i wyruszył daleko przed siebie, w świat, do sześciu cudnych dziewcząt, aby któraś z nich go wybrała i przeżyła z nim przygodę życia. Po długiej drodze dotarł do upragnionego celu. Stojąc u progu komnaty sześciu cudnych dziewcząt, rzekł do siebie: - Jestem Marek, idę do dziewcząt, myślę, że któraś mnie wybierze i przeżyję przygodę swojego życia. A jak rzekł, tak uczynił. Wszedł na taśmę produkcyjną i ruszył na niej ku swojej wymarzonej przygodzie. - Cześć, dziewczyny - powiedział, gdy dotarł do komnaty - mam na imię Marek i jestem z zawodu technikiem telekomunikacji, obecnie nie pracuję. Interesuję się sportem, muzyką, szczególnie piłką nożną. Lubię prace porządkowe - dodał - lubię też pomagać ludziom za darmo, lubię grać w warcaby, w karty... Piszę wiersze, lubię podróżować, dużo jeżdżę na rowerze, no i moim marzeniem jest, że chciałbym zagrać jakąś rolę filmową za darmo. Komnata roziskrzyła się perlistym śmiechem sześciu cudnych dziewcząt, a zaraz potem padło pierwsze pytanie: - Ej, a o co chodzi z tym wszystkim za darmo? - Chciałbym, no, mam taki kaprys, żebym raz w życiu się chciał pokazać w filmie - odparł Marek - i już nie chcę tego, żadnych pieniążków, ani nic, tylko po prostu kompletnie za darmo. Dziewczęta zdumiały się nieopisanie, bowiem nigdy jeszcze nie spotkały tak zacnego młodzieńca. Po krótkim jak mgnienie zastanowieniu, poprosiły Marka, by opowiedział im jakiś swój wiersz. Marek uradował się bardzo, bo kocha poezję. Popadł w zadumę, aby po chwili pięknym głosem wyrecytować jeden z ulubionych limeryków. - To będzie wierszyk pod tytułem "Dwaj przyjaciele" - zaczął Marek. Byli sobie dwaj przyjaciele Nóżek razem mieli wiele. Lecz to nie było wszystko, Łączyło ich podwórko i towarzystwo. Koledze samemu jest w budce nudno, Myśli sobie: "mówi się trudno". Trzeba wymyślić powitanie Bardzo cię kocham, drogi panie.
Sześć cudnych dziewcząt radośnie przyklasnęło, by zaraz potem zaskoczyć Marka jadowitym pytaniem: - A gdyby dziewczyna nie miała żadnych pasji, gdyby do niczego nie dążyła, czy zmuszałbyś ją, żeby sobie jakąś znalazła? Poczciwy Marek znał odpowiedź i na to. - Znaczy mi się wydaje, że jeżeli bym się z jakąś spotkał, to jest kwestia domówienia. Bo zawsze, jeżeli chłopak ma jakąś pasję przykładowo, czy dziewczyna, a jedno nie ma i drugie, to jeżeli są we dwoje, to później jedno drugie pociąga za sobą - powiedział odważnie. Dziewczęta jednak próbowały go przechytrzyć. - A nie boisz się, że taka dziewczyna bez pasji zabrałaby ci twoje pasje i nie pozwalała spełniać się w nich? - spytały niby to niewinnie. Marek uśmiechnął się lekko i opowiedział o grach, w które potrafi grać i które z pewnością pochłoną jego wybrankę, opisał też barwnie jogging rowerem, długie rozmowy, opisał szczodrze wiele innych przyjemności, a gdy tak mówił i mówił, serca sześciu cudnych dziewcząt rozgrzewały się jedno po drugim, aż wszystkie rozświetlił magiczny blask. Dlaczego mimo to powietrze zagrzmiało donośnym: "Marku, wracaj na taśmę"? Jak to możliwe, że nasz bohater powrócił do warcabów, pasjansa i rozmyślań o przygodzie życia? Czy żył długo i szczęśliwie? Dlaczego istnieją takie bajki? Dlaczego ludzie lubią ich słuchać? Dlaczego, Boże, ty patrzysz i nie grzmisz? I o co cholera w tym wszystkim chodzi? Przekonajcie się sami, na http://www.youtube.com/watch?v=w7XW3jkJjRs
2009-11-04 00:16:18 skomentuj (0) Panienka z okienka. Z okna mojej pracy widać zielono-białe namioty rynku Jot, tyły piekarni i kupę gołębi na czatach, duży napis "sprzedam", mały napis "komis" bank, aptekę, księgarnię i inne okno, a w nim grubą, starą, siwą, nieruchomą kobietę, która siedzi tam od zawsze i na zawsze, latem otwarta, zimą zamknięta. Macham jej czasami, ona mi nie. Gdy mam lepszy humor, myślę, że zięć wystawia ją dla listonosza na emeryturę. Gdy mam gorszy humor, myślę, że jest samotna. I gdybam, że może to dlatego, że: Byliśmy ze sobą tacy szczęśliwi, ale nie opuszczał deski. Byliśmy ze sobą tacy szczęśliwi, ale dentysta wyrwał jej górną czwórkę. Byliśmy ze sobą tacy szczęśliwi, ale chrapał. Byliśmy ze sobą tacy szczęśliwi, ale miałem dosyć jej histerii. Byliśmy ze sobą tacy szczęśliwi, ale robił za mocną kawę. Byliśmy ze sobą tacy szczęśliwi, ale śniła mi się jej siostra. Byliśmy ze sobą tacy szczęśliwi, ale on wolał od tyłu. Byliśmy ze sobą tacy szczęśliwi, ale nie mów mi co mam robić. Byliśmy ze sobą tacy szczęśliwi, ale mam swoje życie. Byliśmy ze sobą tacy szczęśliwi, ale zmieniliśmy się przez te lata. Byliśmy ze sobą tacy szczęśliwi, ale przytyłeś. Byliśmy ze sobą tacy szczęśliwi, ale przestawiasz mi książki. Byliśmy ze sobą tacy szczęśliwi, ale nie lubię wracać do domu. Byliśmy ze sobą tacy szczęśliwi, ale drażni mnie twój śmiech. A może on umarł, a może nigdy go nie było, a może to tylko baba z dykty.
2009-11-03 21:09:25 skomentuj (0) Panna na balkonie.
Z okna mojego domu widać biało-zielone namioty rynku Jot, przód piekarni i kupę gołębi na czatach, mały napis "buty", duży napis "podręczniki", pocztę, cukiernię, dentystę i inne okno, a w nim małą, chudą, nerwową dziewuchę, która raz po raz wybiega na balkon i łazi w tę i wewtę jak tygrys. Macha czasem ręką w moją stronę, wariatka. Gdy mam lepszy humor, myślę, że ma owsiki w dupie, a gdy mam gorszy, myślę, że jest pogubiona. I w sumie nic dziwnego, gdy ja byłam w jej wieku, zaciukałabym się, gdyby ktoś mnie na osiem godzin zamykał w klatce. W jej wieku brałam ślub na jednej z plaż Bali i cała byłam nago w kwiatach, a potem ja i mój marynarz uciekliśmy na drugi koniec świata, schowani pod plandeką łodzi ratunkowej, zanim zjadły go rekiny. Napływałam się, to teraz sobie postoję. O, i znowu macha do mnie, jakby z politowaniem. Biedna dziewucha.
2009-11-03 21:07:40 skomentuj (0) Święto
Mam na imię Adaś i jestem z rodziny dziewuchy, która pisze tu bloga. Urodziłem się w marcu 1954 roku i trzy dni po urodzeniu wynieśli mnie do kostnicy, razem z moją siostrzyczką Ewką. W kostnicy zauważyli, że Ewka się rusza, a ja nie, wiąc ją wynieśli z powrotem. Teraz Ewka pracuje w dziekanacie w Poznaniu, a do mnie dziś przyjechała rodzinka, bo to moje święto. Właściwie to nikogo nie znam, ale miło, że przychodzą, nawet gdy tak zimno jest. Na moim nagrobku nie mieści się tyle zniczy co na innych. Moja mama ma Alzheimera, dlatego dzisiaj akurat jej tu nie było. Nie mam do niej pretensji, jest bardzo stara i zmęczona, poza tym mieszka w Poznaniu i Ewka się nią dobrze opiekuje. Była moja druga siostra, której nie zdążyłem poznać. Była też dziewucha, która pisze tu bloga, ze swoją mamą. Strasznie była zmarznięta, dlatego tylko rzuciła na mnie okiem. To znaczy na moją mogiłkę. Ale ja się nie dziwię. Co to za głupi pomysł, żeby moje święto było w listopadzie. Powinno być na przykład w sierpniu. Wtedy wszyscy zostaliby dłużej i tyle nie marudzili. I kwiaty zmarzną, bo w nocy będzie na minusie... Dziewięćdziesięcioletni ksiądz zrobił dwugodzinną mszę na dworze, podwiewało mu sutannę. Pod koniec wszyscy myśleli już tylko o ciepłym barszczu, który czeka na nich w domach. Ja to bym chciał, żeby w moje święto ludzie siadali na kocyku przy mojej mogiłce i jedli winogrona, lody i czipsy. Żeby się trochę opalili przy okazji. Żeby potem chcieli przyjechać na moje święto, a nie tak w pięciu parach skarpetek i czapce. I ten ksiądz... Al-le-lu-ja, a-al-le-lujaaa, al-leeee-luuu-jaaa. Jakby mu się baterie wyczerpały no. A gdyby tak zaśpiewał na przykład kukurukuku paloma, albo coś Maryli Rodowicz na przykład... Żeby ludzie sobie potańczyli trochę, a nie ciągle smarkali. Z drugiej strony, to bardzo miłe, że mimo takiej pogody co rok tu są, chociaż wcale ich nie zmuszam. I od tych świeczek robi się ciepło. Nasz cmentarz, dziś, jutro i może jeszcze pojutrze, będzie tak piękny, że aż samochody będą zwalniać w drodze do domu.
Tagi: wszystkich świętych, cmentarz 2009-11-01 22:48:00 skomentuj (2) |
|