To będzie dziwny felieton. Taki ma być. Ale nie muszę się z niczego tłumaczyć, bo bla bla.
Za oficjalną datę narodzin nie-bo-izmu przyjmuje się dzień 25 maja 2011 roku.
Tego dnia byłam u lekarza, do którego chodzi się raz na pół roku, żeby usłyszeć, że wszystko w porządku, ale najpierw czeka się dwie godziny w kolejce w towarzystwie ulotek i długopisu, żeby paniom na ulotkach malować wąsy. Po badaniu (wszystko w porządku) pożegnałam się ze stuzłotowym banknotem i chciałam też pożegnać się z doktorem, a wtedy usłyszałam, co następuje:"Pani Malino. Parę lat temu bardzo brzydko opisała mnie pani w Internecie. Wiem, że to pani, bo zdradziły panią dwa szczegóły. W związku z tym nie sądzę, żeby dalej mogła być pani moją pacjentką."
Hmm. Faktycznie, dawno temu, po bardzo, bardzo nieprzyjemnej wizycie i po dwóch godzinach w poczekalni, weszłam na poznańskie forum lekarzy i wyraziłam tam swoją opinię. Że lekarz oschły, nieprzyjemny, że traktuje pacjentów z niechęcią i znudzeniem (a badanie intymne, więc się oczekuje odrobiny sympatii...) ale też, że to jeden z najlepszych specjalistów w regionie i dlatego mimo wszystko warto czekać, płacić i chodzić. No i chodziłam, długie lata, aż do wczoraj. Teraz już nie, bo dwa lata temu napisałam brzydko w Internecie.
Wolny kraj, myślę, każdy ma prawo obrazić się na czyjąś wolność słowa, prawda? Uraziłam jego uczucia, nie musi mnie przecież oglądać. Właściwie ta odmowa ma w sobie coś pociągającego. "Nie, bo" wiele upraszcza. Wszem i wobec wprowadzam nie-bo-izm w życie, pomijam teorię i przechodzę do praktyki (bo teoria i tak zawsze ma się nijak do praktyki):
Pani Malino, machnie mi pani kilka piosenek, kilka adaptacji, kilka bzdur i kilka ważnych rzeczy?
Nie, bo trzy lata temu pani napisała, że teatr dla dzieci w Polsce jest nie do przyjęcia i nic nowego nam już nie zaoferuje.
Pani Malino, zapłaci pani rachunek za prąd?
Nie, bo tyle lat wymieniamy się korespondencją, a nigdy jeszcze nie przysłaliście mi kartki na święta.
Pani Malino, kliknie pani w pajacyka?
Nie, bo on we mnie nie klika.
Pani Malino, wyjdzie pani za mnie?
Nie, bo śpisz do mnie tyłem i kupujesz chleb krojony, a ja nie lubię.
Pani Malino, poprowadzi pani warsztaty z dziećmi z sierocińca?
Nie, bo tylko udawałam, że mnie to obchodzi.
Pani Malino, pomoże mi pani?
Nie, bo ty byś mi nie pomógł.
Konsekwentnie odmawiam wszystkiego i wszystkim i z czasem ludzie zaczynają mówić o mnie: Charyzmatyczna. Odważna. Asertywna. Wie, czego chce. Może sobie pozwolić.
Wzbudzam szacunek, mam swój fanpage na facebooku, obcy ludzie grzebią mi w śmieciach i sprzedają je na Allegro. Nie-bo-izm wchodzi pod strzechy i do zakładów pracy. Fluktuuje, obrastając w nowe struktury. Powstaje odłam nie-bo-bla-bla, dla ubogich w argumenty, konserwatywna frakcja nie-ale, z hasłami "proszę czekać na telefon" oraz "miłego dnia" i postępowa partia Walsięnaryj.
Wszyscy wszystkim odmawiają i w konsekwencji wreszcie panuje spokój. Obiekty życia publicznego, szkoły, galerie handlowe, teatry i knajpy są zamykane. Z rozpędu funkcjonują jeszcze instytucje, w których odmawiało się wcześniej, jak banki i urzędy. Po miastach wałęsają się bezpańskie psy i bezpańscy ludzie. Nic nie można, więc nic nie trzeba. Wszystkim wszystko jedno. Autostrady, stadiony i dworce porasta trawa. Leżymy na trawie i porastamy mchem. Sami sobie także odmawiamy posłuszeństwa. Jeszcze tylko kręcimy głowami. Ustają funkcje życiowe.
Ktoś buduje na nas nowe miasta. Koniec świata wcale nie musi zacząć się trzęsieniem ziemi.
Tagi: felieton, e-teatr.pl
skomentuj (1)
Śpiewaczka operowa nie występuje w tej historii. Dwa kawałki papieru także nie występują, a na jednym zwolnienie lekarskie, a na drugim zwolnienie dyscyplinarne. W ogóle w tej historii nie występuje moje miasto. Ani, kto ma rację. Pegaz na szczycie budynku występuje, ale krótko, bo zwiesza głowę i go nie widać.
Zmowy milczenia w innym teatrze w moim mieście także w tej historii nie będzie. Spektakle na żenującym poziomie, garsonkowa widownia i zmęczeni, wystraszeni lub zobojętniali aktorzy również dziś nie wystąpią.
Pociąg na WRO opóźniony trzy godziny także nie występuje w tej historii i spóźnienie na wszystkie sobotnie wydarzenia również nie. W tej historii nie ma żadnych problemów związanych z koleją i nie występuje tu brak pieniędzy na kolej ani w ogóle na wszystko. Brak pieniędzy na kulturę też nie.
Rozmowa zasłyszana między papierosem zagranicznej marki a drożdżówką z budyniem:
- Widziałeś wczoraj tego pedała w X faktorze, Szpaka?
- Kurwiszon jebany, to trzeba leczyć, pedalskie ścierwo.
- Gdzie leczyć, ja bym gościa nadział na słup i publicznie rozjebał, sam się prosi.
W tej historii ta rozmowa nie występuje i dlatego nikogo nie trzeba leczyć z homofobii.
Nie występuje radość ze śmierci Osamy i nie występuje brak radości.
Nie występuje nowonarodzona izraelska dziewczynka o imieniu Like it.
Nie występuje w tej historii rower Hindusa, który przejechał dziewięćdziesiąt krajów, a w Warszawie go ukradli i dlatego nie występuje.
Nie występuje też w tej historii moje nazwisko w materiałach promujących pewien zakończony właśnie warszawski przegląd. Być może nie powinno go tam wcale być, skoro tylko napisałam sztukę i nawet palcem nie tknęłam, by zrobić więcej. O zajęciu przez w/w sztukę drugiego miejsca dowiedziałam się od wujka google. Teraz moje nazwisko już występuje, za co uprzejmie dziękuję, bo to dla mnie ważne.
Co wobec tego występuje w tej historii? W tej historii występuje spokój i różowe wino w samym środku maja. I kosmici, którzy, choć powinni się wściekać, wkurzać i złorzeczyć, to się opalają w parku o osiemnastej. A słońce już wtedy nie opala przecież. I występują w tej historii zdjęcia, które ludzie sobie sami robią, gdy są szczęśliwi. Chcą, by takie zdjęcia przeszły do historii.
A gdy są nieszczęśliwi, nie robią sobie zdjęć wcale.
Ps. A pastor za oceanem powiedział, że dwudziestego pierwszego będzie koniec świata i przeżyje tylko dwa procent ludzi. Z obliczeń mu wyszło, że to nie my.
Tagi: felieton, e-teatr.pl
skomentuj (1)
Niedawno napisałam dość dużo piosenek do spektaklu "Pippi" dla Teatru Muzycznego w Gdyni. Interesujące zadanie, bo na scenie wystąpi podobno ponad siedemdziesięcioro dzieci (w takich chwilach cieszę się, że w mojej branży do okiełznania mam jedynie Microsoft Word i serdecznie pozdrawiam reżyserów i reżyserki). Jak się okazało, interesujące także dlatego, że zanim zabrałam się do pisania, przeczytałam Pippi Langstrump (vel. Fizia Pończoszanka) raz jeszcze, po wielu latach. Rany, ale to anarchistka! Mieszka sama, w domu trzyma konia i małpę, gdy trzeba, spuszcza łomot chłopakom, daje popalić złodziejom, policjantom i opiece społecznej, a w szkole robi za przeproszeniem rozpierduchę. Jest ordynarna, arogancka, źle wychowana, źle ubrana, poza tym obrzydliwie bogata, zachowując przy tym postawę luzackiego Robin Hooda. Sama Astrid Lindgren była ciut zaniepokojona, gdy słała książkę do wydawnictw. Pisała do nich: "W nadziei, że nie zaalarmujecie Urzędu Opieki Społecznej nad Nieletnimi...', tłumacząc później: "No bo miałam przecież dwoje dzieci, a co to może być za matka, która pisze takie książki!"
Pippi (pamiętajmy, że chodzi o lata pięćdziesiąte) łamie każdą znaną mi zasadę savoire-vivre; na herbatce u sąsiadek pożera wszystko jak leci, żłopiąc na koniec śmietankę do kawy, zanurza głowę w torcie i spaceruje boso po cukrze. W szkole, zapytana o wynik równania, zwraca się do nauczycielki: "No jeżeli sama tego nie wiesz, to nie wyobrażaj sobie, że ja ci to powiem". Anarchistka, aktywistka, feministka, nie poddana socjalizacji super dziewczyną.
Przy okazji: mądra, fascynująca książka.
"Pippi Langstrump" dziś to oswojona klasyka, czytana (mam nadzieję) wszystkim dzieciom, bez obawy, że po lekturze wyrośnie z któregoś Agnieszka Chylińska, pokazująca faki nauczycielom (a jeśli nawet, no to co, gorsze rzeczy dzieją się w świecie). I, gdy się przyjrzeć, wiele jest takich książek - dziś oswojonych, dawniej kontrowersyjnych. Pinokio na przykład. Drewniany gówniarz na gigancie, co ściemnia na prawo i lewo, łasy na kasę i tanią rozrywkę, osioł jeden, który pod koniec, owszem, wrócił po rozum do głowy, z ojcem w wielorybie sobie szczerą rozmowę odbył, ale co nabroił to jego. Za grzeczność i podporządkowanie dostał dyskusyjną według mnie nagrodę - człowieczeństwo. W tym konkretnym wydaniu - nuda. Nieważne, dygresja.
Są też wciąż obecne powszechnie znane baśnie dla dzieci, stare, bardzo, bardzo stare. Lała się w nich krew, były siekiery, noże, gwoździe i broń palna, czasem stosowane na dzieciach. Niektórzy może pamiętają, że w oryginalnym "Kopciuszku" jedna z sióstr odcina sobie pięty. Dużo dobrze opisanej krwi. Auć. W innej baśni braci Grimm, bo o nich mowa, w baśni "Zaczarowane pantofelki" skazana na przymusowy taniec dziewczynka zwraca się do drwala z prośbą, by odrąbał jej stopy. Dziś, na cenzurowanym, możemy przeczytać, że zła siostra ma co najwyżej odciski, a roztańczone dziewczę przeprasza swoją babcię za próżność i cudem prosto z nieba zaczarowane obuwie odpuszcza. Cenzurujemy krew... Cenzurujemy krew, bo tamte (inne) dzieci krwi się nie bały, a nasze (te) się boją...
Jasne, że ustawianie Pippi obok braci Grimm jest nietrafionym pomysłem, bo z jednej strony mamy model dziecka awanturnika, rzeźniczki patriarchatu, która na każdym kroku w za dużych butach udowadnia, że egzystując poza system nakazów i zakazów, można być mądrym, uczciwym i dobrym (Pippi ma zawsze dobre intencje). Dzięki Pippi dziecko ma możliwość wyboru - żyję jak chcę, albo jestem Anniką, się uśmiecham, jest bezpiecznie i tego też nikt nie krytykuje. Z drugiej strony w baśniach Grimmów mamy przeterminowany i zakurzony dydaktyzm - rób tak a tak, bo inaczej odrąbią ci nogi, rozprują brzuch i wypchają go kamieniami.
Ale ustawiam koło siebie te przykłady nie po to, by rozstrzygać taki czy inny model wychowania.
Bo chodzi o proste pytanie. Czy przypadkiem dziś nie jesteśmy przewrażliwieni? Od kilku lat trwa u nas gorąca debata o problemie tabu w świecie dziecka. Dyskusja na temat spraw, o których można, bądź też nie można dziecku opowiedzieć. I cały świat, nie tylko my, pochłonięty jest debatą na ten temat. Z jednej strony "Wielka księga cipek", czy "Książka o kupie", a z drugiej strony przysłowiowa Ameryka, w której nauczyciel boi się pogłaskać ucznia po głowie, żeby nie zostać posądzonym o pedofilię. Efekt jest taki, że paru sprytnych, co dobrze niuchają, na fali gorącej debaty, wyda książkę o rodzajach gówna, wróżąc, że o książce napisze Przekrój i wyłożą ją na "polecanych" w Empiku. Z drugiej zaś strony nauczyciel nie pogłaska po włoskach na widoku, nie zawiąże publicznie sznurowadła i nie opatrzy skaleczenia na kolanie bez obawy, że na fali tej samej dyskusji, straci pracę i zaufanie.
Ja nie chcę wiedzieć, jakie kupy robi mrówka, jakie koń, a jakie aksolotl, a gdy dostanę w dzienniczku słoneczko z wykrzykniczkiem, to proszę, żeby mnie pogłaskano po główce bez strachu i jawnie, bo tego potrzebuję.
Mam wrażenie, że doprowadzamy się do paranoi. Lubimy pogadać, polemizować na tym i tamtym forum, fajnie jest podjąć odważny temat, wyrazić sprzeciw, czy poparcie, objąć stanowisko. I naprawdę bardzo dobrze, że jest rozmowa, bo jak jest rozmowa, to jest świadomość.
Ale ryzyko jest takie, że na oczy i uszy świadomego rodzica/opiekuna/wychowawcy nałoży się "świadomy filtr". Zachowawczy, czy zbuntowany, nieważne. I będziemy oceniać książki i spektakle pod kątem tego, czy coś łamią, czy nie, czy są odważne, czy asekuracyjne, dyskusja będzie się kręcić wokół granic i przekroczeń, psychologii dziecka i tego, czy współczesne dzieci są inne, czy są nasze. A książka o kupie, śmierci i cyckach będzie super, bo będzie o kupie, śmierci, czy cyckach.
Nie chcę tak. Niech mi mama z tatą wybierają dobre książki. Dobre dla mnie, bo taka jestem. Przełknę książkę o krecie, któremu ktoś nasrał na głowę, choć Kasia z pierwszej Ce nie przełknie. Za to Kasia z pierwszej Ce łatwiej zniesie całopalenie Rozalki, siostry Antka w lekturze obowiązkowej Bolesława Prusa. Ale obie, i ja i Kasia z pierwszej Ce chciałybyśmy czytać dobre, mądre i czarujące książki. Jeszcze nie wiemy, że Pippi jest feministyczną vaginą dentatą, a wilk w Czerwonym Kapturku symbolizuje Bettelheimowski cudowny i pożyteczny model oswajania lęku. Książki mają być takie, że same kończymy je z latarką pod kołdrą.
A reszta, szczerze, kupę nas obchodzi.
Tagi: felieton, e-teatr.pl
skomentuj (0)
Państwo mili, dziś króciutko. Bo zaraz wyjeżdżam i nie chcę, by uciekł mi pociąg, a następny będzie jutro. I o tym, gdzie wyjeżdżam i dlaczego. I co ma do tego Krowa.
Wyjeżdżam do Krośnic. Koło Milicza. Trzydzieści kilometrów od Zdun i dwadzieścia od Cieszkowa. Czyli właściwie zupełnie nie wiadomo gdzie. Dlaczego tam wyjeżdżam? Bo Krowa, do której należę, organizuje tam nie festiwal, nie przegląd, nie majówkę, nie imprezę, czyli właściwie zupełnie nie wiadomo co. Co ma do tego Krowa? Krowa to wszystko wymyśliła, zaplanowała i wcieliła (akuratne, krowie słowo) w życie.
Krowa to Stowarzyszenie Inicjatyw Twórczych Kod_Krowa, które miałam przyjemność zakładać i do którego mam frajdę należeć. Pociąg dowiezie mnie na nasze cykliczne, piąte już, otwarte spotkanie o nazwie Studio Zduny, które w tym roku odbędzie się w Krośnicach, bo w Zdunach trochę już się nas boją. A Studio Zduny to spotkanie właśnie – spotkanie wszystkich, którzy czerpią radość z tworzenia i patrzenia na tworzenie. Szereg koncertów, działań performatywnych, muzycznych improwizacji, warsztatów, pokazów i wszelkich spontanicznych przejawów twórczego wariactwa.
Krowa jest wariatką, bo co roku staje na rzęsach i organizuje Studio praktycznie bez budżetu. Wszyscy artyści przyjeżdżają na zaproszenie Krowy za darmo. Wszyscy obserwatorzy uczestniczą, śpią, gotują i jedzą za darmo. A między obserwatorami i artystami stawiany jest na te parę dni znak równości, bo każdy może zadziałać bez uprzedzenia, nawet jeśli miałby to być wernisaż tatuaży, czy warsztaty gry na liściu. Zdarzają się improwizowane jam sessions, o których później mieszkańcy regionu opowiadają z wypiekami na twarzy. Warsztaty dla dzieci, spektakle dla nich (grało na przykład Studio Blum) i organizowane z dnia na dzień koncerty lokalnych garażowych zespołów. Byli goście z Australii, z Francji i z Krotoszyna. I zawsze mamy słońce, nawet, gdy spotykamy się w lutym. Słodzę? Może. Uprawiam prywatę? Pewnie tak. Reklamuję? Nie, po co.
Chodzi o to, że gdy się chce i ma przyjaciół, którzy chcą, to wytwarza się dobra energia i naprawdę niewiele trzeba, żeby zrobić coś ważnego i pozytywnego. Wszyscy to wiemy, prawda? Śmierdzi banałem? I bardzo dobrze, bo Studio Zduny jest banalne. To spotkanie kilkuset ludzi, którzy lubią robić i patrzeć. I mają karimaty.
I tyle, ot, taki felieton młodej naiwnej, która lekko minęła się z erą hipisów. Ale po prostu bardzo cieszę się na to coroczne spotkanie, podczas którego może wydarzyć się wszystko. A z naiwnością, póki mogę, się nie żegnam, bo z nią naprawdę wiele można. I się chce.
Wszystkich średnio zainteresowanych zapraszam na stronę stowarzyszenia: www.kodkrowa.org, a tych bardziej zainteresowanych zapraszam do Krośnic, miejsce się znajdzie. Tylko proszę zabrać kapcie – to jedyny warunek, jaki przed nami postawiło krośnickie Centrum Kultury.
Tagi: felieton, e-teatr.pl
skomentuj (1)
W Berlinie byłam. Piłam piwo na ulicy z premedytacją, bo można. W Muzeum Żydowskim smakowałam przyprawy i macałam kamienie nagrobne, bo można.
Na squacie dotykałam dwóch świetnych wystaw, bo można. Na squacie wszystko można, nawet sikać przez okno niestety.
W Zachęcie byłam. Ewy Partum instalacji chciałam dotknąć, bo aż się prosiła, jakby była po to, żeby dotknąć. Nie dotykać. A dlaczego? Bo nie wolno. Ale to przecież po to jest. Nie wolno dotykać. Przecież nie zepsuję... Nie wolno dotykać, powiedziałem.
Powiedział, a za nim piętnaście zdjęć z akcji Partum "Legalność przestrzeni". Na niej tablice: "Konsumpcja zabroniona". "Cisza". "Nie deptać". "Zabrania się zabraniać". "Zakaz wszystkiego". "Nie dotykać". Tysiąc dziewięćset siedemdziesiąty pierwszy rok to był. Dziś jest wiadomo który. I to samo.
Na przykład nie wolno dotykać Polaków, którzy przyjechali pod pałac, obchodzić rocznicę katastrofy. Jeden odreagowywał w Kulturalnej. Na ramieniu miał opaskę biało-czerwoną, a flagę ułożył czule między nogami. Gdy spytałam go o obchody i czy wybiera się na Wawel (bez złośliwości, z czystej piwnej ciekawości), dotknięty się stał. W minutę z teorii spisku zszedł na zakłamane media, a obecnych i nieobecnych nazwał ignorantami, co nie mają swojego zdania i czytają Wyborczą. Musiałam go niechcący dotknąć gdzie nie trzeba, bo mówił podniesionym głosem. Zwracał się do mnie per "misiek".
Nie wolno też za bardzo dotykać kultury w Poznaniu. Przepraszam, że lokalnie, ale to mój felieton. Jeden przykład. Znajome moje, bardzo dobre, nad wyraz dzielne znajome, od roku otwierają u nas wyjątkowe miejsce. Wyjątkowe, bo potrzebne jak cholera jasna. Warszawa ma swojego Czułego Barbarzyńcę, Wrzenie Świata i pewnie jeszcze parę innych miejscówek, których nie znam, a Poznań miał Głośną Samotność, dopóki wszechpanujący kamienicznik nie wystrzelił czynszu na nieznaną mi orbitę. W Głośnej Samotności do ostatniej chwili działo się naprawdę wszystko, a moje dzielne znajome postanowiły kontynuować dzieło poprzedników i otworzyć Głośną (już nie Samotność). Jak mówiłam, wyjątkowe miejsce. Wyjątkowe także dlatego, że nie da się do niego wejść. Zaanektowana, wyremontowana wspólnymi siłami przestrzeń jest fajowa i spełnia przepisy BHP, ale dojście do niej już nie. I zmienić tego nie da rady, bo drzwi zabytkowe i nie wolno dotykać. Dzielne znajome postanowiły więc wybudować zewnętrzne schody. Do tego potrzeba zaangażować niepozorny, obsiusiany murek. Jak na rozkaz stawił się właściciel niepozornego, obsiusianego murka, mówiąc, że nie wolno dotykać. Bo to jego murek, a wiadomo, że każdy robi ze swoim murkiem co chce. Znając moje dzielne znajome, lada chwila wystąpią do Polskiej Agencji Żeglugi Powietrznej, bo zrobią wszystko, by otworzyć Głośną, choćby przez abordaż z powietrza. One zrobią wszystko, ale miasta to nie dotyka, bo miasto dotykają tylko formularze i aneksy, najlepiej na kilogramy. I Głośna się otwiera tylko trochę, nielegalnie tak, bo o murek trwa walka. Ale stadion mamy jako pierwsi w Polsce. I Teatr Ósmego Dnia i festiwal na Malcie przecież, o co wam chodzi. I know mamy i how.
Nie wolno też dotykać dramaturgów, jak zrobił Zbigniew Majchrowski, a koledzy felietoniści i koleżanki felietonianki podłapali. Nie wolno dotykać spraw finansowo-bytowych, bo to niesmaczne. Nie wolno dotykać Różewicza i reszty, bo sięga się im do kolan, a kolan dotykać nie wolno.
A, i ku przestrodze nie wolno dotykać chodników, krawężników i ulic, gdy jedzie się po wybranym polskim mieście rowerem, bo można sobie dętkę załatwić na amen.
Ale nie jest aż taka zła polskość niedotykalskość. Bo instalacji Ewy Partum i tak dutknęłam palicem i był to dotyk erotyczny, zakazana macanka nienamacalnego. A pan z Kulturalnej, gdyby nie czuł się globalnie dotknięty, być może wcale by nie przyjechał do Warszawy, tylko by został u siebie i nie opowiedział nikomu, co czuje, bo by nie czuł nic. A dziewuchy z Głośnej nie mogłyby być dzielne i siać fermentu w naszym radosnym, lunaparkowym, targowym, stadionowym, kulczykowym mieście. A "sezonowi dramaturdzy" być może właśnie teraz pływaliby w swoich prywatnych basenach w prywatnych posesjach i pisaliby dramaty o drinkowych palemkach. ("Człowiek - palemka" Małgorzata Sikorska-Miszczuk i "Ostatnia taka palemka" Artur Pałyga.) A tak - polemizują, kombinują i poszukują (i ja z nimi, tylko się mniej udzielam, bo wciąż jestem przed sezonem i mi głupio).
Szczerze - picie piwa z premedytacją, bo można, na ulicy, było nudne.
Tagi: felieton, e-teatr.pl
skomentuj (2)
Podobno człowiek odseparowany od rzeczywistości i zamknięty w czterech ścianach, w specjalnym pomieszczeniu bez bodźców wzrokowych i słuchowych po jakimś czasie sam je sobie wytwarza. Pojawiają mu się wtedy kolorowe wizje, otaczają go zapachy i śpiewy, jakich świat nie słyszał, może też odbyć wiele zaległych, niedokończonych rozmów z ludźmi, którzy mu się objawią. Od kilku dni wyraźnie do takiej izolacji dążę. Być może licząc po cichu na jakieś malinowe objawienia, choć bardziej chodzi o to, że izolacja następuje jakoś tak samoczynnie. Robię bilans ostatniego tygodnia i wychodzi mi, że bodźce, które do mnie docierają to:
Problem polega na tym, że, żeby być szczerą i napisać felieton o tym, o czym czuję, że chcę, muszę poruszać się w obszarze wymienionych bodźców. Z rowerem ubiegła mnie wczoraj Gosia Miszczuk, poza tym dzienników rowerowych Piotra Cieplaka nie prześcignę, choćbym miała napęd na cztery koła. O Geli Raubal nie chcę jeszcze nic pisać, bo dopiero rodzi się w mojej głowie, muszę ją donosić i doczytać, a w dodatku porażające tło historyczne jakoś mi się w felieton nie mieści. Pozostaje facebook, do którego, przyznam, uciekam się w tak zwanym międzyczasie. O facebooku powstało już zresztą kilka spektakli i oskarowy film (który mi się nie podobał), nie będę więc oryginalna, ale nie zawsze trzeba być oryginalnym, prawda? Zwłaszcza wiosną, gdy zieleń i tak skutecznie odwraca uwagę od wszystkiego. Napisałam o facebooku niedługi tekst.
Więc – nieoryginalnie – jest ON i ONA. I trochę czasami mi ten tekst rapuje nawet. A leci to tak:
ON
On był jeden i ona była jedna, jedna, biedna, taka od pasa w górę na zdjęciu podpierała kredens, od pasa w górę, bo pupę miała w kształcie pup czterech zgrabnych kobiet. On na zdjęciu uśmiechał się szeroko, choć pod jego łóżkiem leżało osiem much, a przed chwilą wyrwał nogę dziewiątej, chociaż miał na sobie te same bokserki od tygodnia, w piątek przerzucone na drugą stronę, spocone, z masturbacją pokłócone, uwalone czymś, co nie do końca można nazwać wschodem słońca. On był jeden, ona była jedna, spotkali się na ścianie, ona paliła skręta, a on jadł śniadanie, ściana była pełna napisów, życiorysów znajomych, serc na rozstanie, albo na związek skomplikowany małżeński, ktoś pisał o psach w schronisku, ktoś quiz rozwiązał, że jest męski w trzech procentach, ściana była pełna, on był jeden i ona była jedna, ich spotkanie było szeroko komentowane, a gdy któreś z nich pisało, że dzień dobry i że lepszy, zaraz drugie zaznaczało „ja to lubię”. Tak się zaczęła romantyczna historia dwojga ludzi, z których jedno nie umiało pływać, a drugie w dzieciństwie straciło ojca, jedno miało w mieszkaniu wannę, drugie miało w mieszkaniu bałagan, jedno o drugim myślało, a drugie myślało wciąż tylko o jednym. I piękne w tej dwójce jest to, że jedno było z Nowego Targu, a drugie z Nowego Orleanu i gdyby nie ściana, która zwykle ludzi dzieli, nigdy by o sobie nie wiedzieli.
ONA
Lubię to.
On był jeden i ona była jedna, ona w pokoju miała małą, zieloną lampkę, która służyła do tego, by ją zgasić i rozmyślać o nim w ciemnościach. On miał w pokoju różowego słonia, z którym niegdyś sypiał, gdy jeszcze myślał, że na tym polega sypianie i o którym nigdy nie zrobił wpisu na ścianie, ani nie wkleił z nim zdjęcia. Ona chowała w szafie turkusowy top na ramiączkach i na specjalne okazje, które jeszcze były przed nią, on chował w duszy żal, że nigdy nie poleci w kosmos, a gdy się spotykali na czacie, to o tym nie rozmawiali, a kiedyś ona napisała mu wielkie słowa kocham cię, a jego z czatu wyrzuciło, jakby takie słowa nie mogły się zmieścić w komputerze, gdy wrócił, tych słów już nie było i nigdy się o nich nie dowie, jej też nie było, bo poszła utopić się w szklance wody z braku wanny i z myślą, że nigdy jeszcze, przenigdy, nigdy w całym jej życiu nikt, żaden, nie zadał jej tyle bólu, a po chwili wróciła.
ON
Lubię to.
On był jeden i ona była jedna, on zrobił kawę z mlekiem i cukrem, ona zrobiła sobie dobrze palcem przez bieliznę, tak przynajmniej myślał, gdy przez moment jej nie było, co się w sumie potwierdziło jej dziwnym zachowaniem, jeśli o zachowaniu można mówić, gdy używa się liter. Była obca i daleka, jego zdaniem rozmarzona, nie przejawiła, jak co dzień chęci do rozmowy,
pytał co jest, ona że nic, pytał jak to, ona tak to, pytał jesteś, ona jestem, powiedz coś, już powiedziałam, kiedy, teraz, jak to, tak to, słuchaj, słucham, o co chodzi, nic nieważne, powiedz proszę, daj mi spokój, nie ma sprawy, muszę znikać, to papatki, będę jutro, spoko nara, jednak jutro jej nie było.
On był jeden, czekał długo, kreśląc myszką tajne znaki, w końcu zniknął z jej znajomych, w końcu uznał, że jej nie zna, jeszcze długo o niej myślał, że on jeden, ona jedna.
ONA
Lubię to.
On był jeden, ona była jedna, nie mieli przed sobą żadnych tajemnic, bo żadnej nie udało im się wyjawić i trudno powiedzieć, że na zawsze będą o sobie pamiętali, bo jej zdaniem miłość jest większa, a jego zdaniem dwukropek i gwiazdka to pocałunek, który nie zostawia wilgotnego śladu na żadnej części ciała i chociaż on chciał i ona chciała w tych momentach, gdy łączyli się na ścianie, żeby gwiazdek z dwukropkami było więcej niż pikseli, chociaż chcieli, szybko o sobie zapomnieli.
ON
Lubię to.
On był jeden i ona była jedna, jedno z Nowego Targu i drugie z Nowego Orleanu, jedno wkrótce wygra wycieczkę na Riwierę Turecką, a drugie wkrótce zabierze tam przyjaciółkę, jedno będzie w hotelu Paradise w pokoju z tarasem, drugie będzie w hotelu Paradise w pokoju z przyjaciółką i jedno zobaczy drugie, gdy zanurza głowę w basenie pełnym włosów, a drugie zanurzając głowę w basenie pełnym włosów zamknie oczy. Potem miną się jeszcze osiemnaście razy, z czego dwa uśmiechną się do siebie i nikt jednemu nie powie, że to uśmiecha się drugie, a nikt drugiemu nie powie, że uśmiecha się jedno, a ich pokoje oddzielać będzie ściana, przez którą będą się nawzajem słyszeli, tak jak nie słyszeli się nigdy wcześniej i może właśnie dlatego nigdy się o sobie nie dowiedzą i może właśnie dlatego takie to romantyczne jest.
I tyle, drodzy państwo. Może to romantyczne, a może nie, może to nawet bez sensu jest. Jeśli tak, niech to będzie bodziec, by poszukać sensu gdzie indziej. Wracam do Geli. Chciałabym z nią porozmawiać, ale póki co dzieli nas ściana.
Tagi: felieton, e-teatr.pl
skomentuj (1)
Miałam napisać felieton na czasie, o Małych Warszawskich Spotkaniach Teatralnych, ale w ostatnich dniach zdarzyły się rzeczy, przez które zmieniłam zdanie.
Po pierwsze, ku mojej olbrzymiej radości, wczoraj do Poznania zawitał Grigore Todiraş, a po drugie, po latach poszukiwań, udało mi się znaleźć w antykwariacie na Matejki jego „Drwię sobie z waszego teatru”. Todiraş nie byłby sobą, gdyby nie wywrócił wszystkiego do góry nogami... Swoją drogą wczorajsze spotkanie w Teatrze Polskim jeżeli chodzi o poziom zaskoczenia było swoistą powtórką z rozrywki – pamiętamy pewnie jeszcze ostatnią wizytę Todiraşa w Polsce siedem lat temu, zdaje się, że w Teatrze Dramatycznym w Warszawie, gdy podczas wykładu o dramaturgii Jary Cimrmana wyszedł na chwilę, by zadzwonić na policję z informacją, że pod Teatr ktoś podłożył bombę. Ewakuowano cały budynek, a Todiraş krzyczał po mołdawsku do mikrofonu. Potem okazało się, że wykrzykiwał swój manifest o teatrze nieistniejącym, ale kto go tam wtedy wiedział. Performens kosztował miasto grube pieniądze, a stary Todiraş w opinii publicznej dostał wilczy bilet. I proszę, okazało się, że to właśnie mieszczański, grzeczny i poprawny Poznań zdecydował się po latach przyjąć Todiraşa w swe ramiona. A promocja wydarzenia była nielada wyczynem – trudno wypromować cokolwiek bez możliwości umieszczania informacji w sieci. Grigore konsekwentnie dba o to, by nic na jego temat nie ukazywało się w Internecie, bo, jak pisze w „Drwię sobie...”: „Rzeczywistość reprezentowana przez znaki nie istnieje, jest cieniem swojego cienia. Tak jak nie istnieje władza: nie jest możliwy jednostronny stosunek sił, nad którym mogłaby nadbudować się struktura panująca, będąca zarazem w ciągłym ruchu. Internet to ruch ciągły i niejednorodny, obsceniczny i pozbawiony hiperwidzialności, rzeczy zdają się być bliskie, przezroczyste i odarte z perspektywy. Każdy, kogo szczerym pragnieniem jest tworzyć teatr widzialny, a zarazem pozbawiony namacalnego odwzorowania, czyli taki, który nie daje się opisać znakiem, powinien z tego globalnego przybytku zrezygnować. Nie godzę się, by moje życiowe dzieło trafiło na cybernetyczne wysypisko.” (Swoją drogą, ciekawe ile na tym cybernetycznym wysypisku pożyje mój felieton...) I dlatego też spektakl „Niobe bez majtek” Todiraşa, który lada chwila zobaczymy na festiwalu „Bliscy nieznajomi”, nie widnieje w wirtualnym programie festiwalu. A ja nie powiem, kiedy dokładnie będzie. Komu zależy, ten trafi, o. Tak czy siak, bo odbiegłam trochę od tematu – przepraszam, to z emocji – Todiraş i tym razem nie zawiódł. Pojawił się na scenie Teatru Polskiego odziany wyłącznie w chleb razowy i cały wykład poprowadził tyłem do publiczności. O numerze z chlebem właśnie czytam w „Drwię sobie...”, jak się okazuje, Grigore po raz pierwszy ubrał się w chleb w 1990, gdy Naddniestrzańska Republika Mołdawska ogłosiła deklarację o niepodległości. Ciekawe, czy wiedział o tym Arti Grabowski, gdy przygotowywał swój chlebowy performens „Last hero”?
Szczerze przyznam, że byłam trochę rozczarowana, patrząc przez dwie i pół godziny na gołe plecy Todiraşa. Bardzo liczyłam na to, że uda mi się zobaczyć na żywo jego twarz, mocno okaleczoną po happeningu „Operacja OKO” („OCHI chirurgie”, Teatrul Naţional din Moldova), w którym pozbawił się widzenia obiektywnego raz na zawsze. Mój głód atrakcji wizualnych został zaspokojony tym, co usłyszałam. Teatru nie ma – mówił Todiraş, a ja tajniacko wyciągałam ku niemu szpiegowski dyktafonik – i nigdy nie było. Nie ma go i dlatego trzeba go wymyślać. To tak jak z krową dojną na łące. Widoczny i nazwany byt przestaje być interesujący: mówimy „krowa” i nie dostrzegamy niczego więcej, ponad łaty, rogi i wymiona. Wołowina wieje nudą, prawda? A spójrzmy na krowę jak na rzeczywistość, której się nie spodziewaliśmy, której istnienia nie podejrzewaliśmy wcale, nazwijmy ją fenomenem, zjawiskiem bez definicji, niech będzie dla nas podmiotem, z którym potencjalnie zrobić można wszystko, od szczerej rozmowy, przez rywalizację, na obiekcie zbawienia kończąc. (Tłumaczenie z angielskiego moje – tu i teraz, na gorąco.) Wtedy dopiero pojawia się widzenie intymne, którym nie musimy się z nikim dzielić, nazywać go i wyjaśniać. Robimy z nim co chcemy, bez strachu, że ktoś nasz intymny kontakt podważy. Tak zaczyna się teatr. I tak mówił Grigore i mówił, o widzeniu intymnym, o radosnej biedzie i aktorze-widmie, a ja zastanawiałam się, dlaczego tak mało się mówi o Grigorem. Przecież to od jego słów: „bijcie się, bo krew jest bliżej człowieka niż niejeden bóg” (felieton „Bij zabij” w Moldovenesci Ştiri) zaczął się w teatrze brutalizm, a po spektaklu „Traktat o kulaniu fasoli” w jego reżyserii, Tadeusz Słobodzianek napisał „Turlajgroszka”.
Grigore Todiraş jak zwykle przygotował na koniec prelekcji zaskakującą („fenomenalną”?) puentę. Tym razem nie podłożył bomby, tylko zaprosił słuchaczy na ulicę, gdzie do stojących przed Teatrem Polskim góralskich budek uwiązana była prawdziwa krowa. Bez słów („bo słowa to balast dla treści”) uwolnił krowę z pęt, sążnie klepnął i krowa pogalopowała w ułożony, mieszczański Poznań. A za nią my, ledwo trzydziestu słuchaczy, biegliśmy w ciszy, obrażeni na słowa, zmanipulowani mistrzem, głupi i ciekawi, dokąd to poprowadzi nas ten teatralny fenomen i jakie nam zaserwuje widzenie. Przyznam, że czułam się dziwnie, biegnąc przez centrum miasta za krową, ale ciekawość i chwilowa wspólnota wzięły górę.
Krowa skończyła swój bieg na Ławicy, a potem przeszła odprawę, wsiadła w samolot i z nadzieją poleciała do Indii. „Prima din aprilie” powiedział Todiraş i zniknął jakby go nigdy nie było.
Tagi: felieton, e-teatr.pl
skomentuj (1)
Drogi Teatrze,
Widzieliśmy się niedawno, rozmawialiśmy prawie dwie godziny, to znaczy właściwie Ty mówiłeś, jak zawsze. Znamy się już trochę, a ja wciąż mam wrażenie, że nic o Tobie nie wiem. Zaskakujesz mnie. Czasem wkurzasz, gadasz bzdury, nie zawsze się rozumiemy, nie zawsze dobrze wyglądasz, ale co tu dużo gadać... bez Ciebie jakoś łyso. Skąd Ty bierzesz te wszystkie historie? Powiedz, jak Ty to robisz, że opowiadasz je tyle lat, wciąż od nowa, a mimo to jakoś nie nudzisz? I się nie nudzisz? I zdradź mi, proszę, Twój przepis na wieczną młodość. Ja też stosuję różne maski, maseczki, jak Ty dużo się ruszam i raz po raz dramatycznie zmieniam dietę, ale po mnie jakoś powolutku widać te lata. A Ty tak bezczelnie sobie kwitniesz. Mimo kryzysu wieku średniego, mimo ciągłej zmiany partnerów i mało higienicznego trybu życia poważne choroby omijają Cię szerokim łukiem, a o śmierci potrafisz tylko pięknie opowiadać.
Stary, jak Ty to robisz? Stary, nowy, wielki, polski, narodowy, rozmaicie dramatyczny, lalkowy, alternatywny, amatorski, podwórkowy, oazowy, przypadkowy, święty, pieprznięty, polityczny, potyliczny, obrzędowy, lunatyczny, żulu uliczny! Mordo Ty moja, wciąż się wymykasz! Słów na Ciebie nie ma, pojęć brakuje, choć krytykują Cię z prawa i lewa, modlą się i rzucają mięsem, krzyżyk na Tobie stawiają, krzyżem przed Tobą padają, psy wieszają i zdejmują, Ty lecisz, na zbity czasem pysk, lecisz do przodu. Nie raz się przez Ciebie płacze, nie raz się przeklina i zaklina, że "nigdy więcej" i nie raz potrafisz człowieka zawstydzić i zdrowo dać po ryju. Kochanie się z Tobą bywa perwersyjne, zakrawa o patologię, ale spójrz, ilu tu zboczeńców!
Pojutrze Twoje święto. Nie zwracaj uwagi na drobne matactwa i nieporozumienia, nie przejmuj się garderobą, bądź też jej brakiem, nie czytaj listów otwartych, zamkniętych i wyklejanych pogróżkami, tylko mów do nas pięknie, opowiadaj, przyjdź tak jak stoisz, w modnej kiecce, na golasa lub w koturnach, wysoki czy niski, bogaty i biedny. Bo nie da się ukryć, jaki byś nie był, łyso jakoś bez Ciebie. I pogadać nie ma o czym i pokłócić się i czasem napić się nie ma o czym. Życzę Ci zdrowia i siły, Teatrze, żeby Cię nigdy mole nie zjadły. Chociaż nie, niech Cię jedzą, a Ty się regeneruj, fermentuj, odcinaj, obrażaj i walcz, jesteś w tym dobry. I jest na co popatrzeć.
Normalnie bym Ci tak nie słodziła, Teatrze, bo człowiekowi trudniej przychodzi pisanie dobrych rzeczy o ważnych i aktualnych sprawach. Ale przecież Ci się należy.
Wszystkiego naj, Teatrze, dzięki, że jesteś. Kwiatów nie dostaniesz, ale masz moje słowo.
Tagi: felieton, e-teatr.pl
skomentuj (1)
Po obejrzeniu „Gli Italiani“ Łukasza Barczyka i Krzysztofa Warlikowskiego myślę sobie tylko zdania zaczynające się od „kurczę“ (po włosku „pollo”).
Kurczę, jacy oni opaleni. Musieli się w tej Toskanii świetnie bawić. Szkoda, że tak mało ją widać.
Kurczę, czy to rzeczywiście, jak piszą, film dla teatralnej widowni? Dlaczego, bo trawestacja Hamleta? Że tajemniczy taki, ganiają się, na golasa leżą, milczą dużo, gęsto i ciężko.
Kurczę, czy Hamlet tak milczy, bo przez setki lat zdążył się nagadać i nie ma już nic do powiedzenia, czy dlatego, że nie chce ze mną rozmawiać?
Kurczę, Hamlet, czemu nie chcesz ze mną rozmawiać? Miałeś być ożywczym wiatrem dla polskiej kinematografii, a ty co, z matką się miziasz i nawet pytań nie zadajesz, bo nie twoje.
Kurczę, mój dobry i mądry przyjaciel, który tak cieszył się na ten film, zasnął.
Kurczę, Hamlet, no powiedz coś. Krzysztof, powiedz coś. Powiedz, czemu zrobiliście film, w którym tak niewiele słychać, niewiele widać i niewiele czuć? Przecież ja już wiem, że Hamlet się borykał. I wiem, że on taki biedny był, taki biedny uniwersalnie, jak większość ludzkości się boryka i biedna jest. Przemówił już do mnie ten uniwersalizm, już wiem, że nie wiem, czy być, czy nie być, że miłość niejedno ma oblicze, a zbrodnia niejedno imię. Daj mi więcej, Hamlet. Bądź Ziutkiem, Mirkiem, Frankiem z krwi i kości, Krzyśkiem bądź. Tyle jest do powiedzenia, setki opowieści.
Kurczę, widziałam kiedyś taki film, w którym mało mówili, mało robili, a na koniec wszystko spowiły pajęczyny i nie działo się nic ważnego. Holenderski film. „Zwrotniczy” (po holendersku „De Wisselwachter”, polecam). Wyszłam z kina wywinięta na lewą stronę. Skrajny, prosty, odważny, autentyczny. Zero hamletyzowania. I zero promocji - premierę w Polsce miał po dwudziestu latach. Skłamię, bo nie wiem, ale grali go pewnie z dziesięć razy.
Kurczę, ładna była ta scena z wężem ogrodowym. I jeszcze ta z filiżanką, na samym końcu. Za mało.
Kurczę, czy gdyby Krzysztof nie był Krzysztofem, tylko moim kolegą, a Renate nie była Renate, tylko koleżanką mojego kolegi, gdyby ten film zrobili iksińscy, kowalscy i nowakowie, czy też byłby ożywczym wiatrem dla polskiej kinematografii? Nie wiem, pytam. Byłby, czy nie byłby, oto jest pytanie.
I jeszcze, kurczę, chciałabym kiedyś zobaczyć film naprawdę z niczego. Film z pajęczyn, z ciszy i z kurzu, z ludzi i o ludziach, trochę taki, jak Czesi robią, trochę taki, jak Skandynawowie. Bez wielkich pytań i potężnych historii, malutki, polski i dobry. Nie dla widowni wytrawnej, nie dla teatralnej, tylko dla mnie.
Może ktoś mi coś poleci? Może sama go sobie wymyślę? Mógłby zaczynać się tak:
Miejscowość A, z której raz w tygodniu wyjeżdża pociąg, znajduje się tak daleko od miejscowości B, do której raz w tygodniu pociąg trafia, że nawet popularne zadanie matematyczne tę trasę pomija. Między miejscowością A, a miejscowością B nie dzieje się nic, co pasażer pociągu uznałby za godne uwagi. W połowie trasy, stoi domek z jednym oknem, który nie mógłby tam stać, gdyby nie to, że pięć lat wcześniej tory w tym miejscu przecinała droga i dla bezpieczeństwa przejeżdżających nią aut, ktoś umieścił tam szlaban. Dziś po drodze kicają szaraki, którym nie przeszkadza, że droga nie prowadzi nigdzie. Ale ktoś, być może przez roztargnienie, zapomniał o szlabanie, o drodze, o domku i o dróżniku Franku, który dzięki temu przeoczeniu, wciąż raz w tygodniu, o trzynastej trzynaście robi swoje. Dziś między miejscowością A, a miejscowością B jest lato, tak gorące, że spowolniło muchy, wyssało zieleń i wydęło szyny. Ktoś rozłożył dywan w półcieniu. Na dywanie postawił stolik i żółtą kanapę z widokiem na tory, a na kanapie posadził Franka, Dasię i Mirka. Siedzą zwyczajnie, podobnie i są w podobnym wieku. Do stolika ktoś podał im niedrogi sok pomarańczowy i trzy szklanki po Nutelli, a przed stolikiem ktoś delikatnie ułożył psa, który nie raz jeździł koleją, a teraz jest za stary na to, by mieć otwarte oboje oczu jednocześnie. Franek, Dasia i Mirek siedzą w milczeniu. Dobrze im. O trzynastej trzynaście przejeżdża pociąg, więc Franek podchodzi do szlabanu, żeby go opuścić i podnieść.
FRANEK
Widzisz, Dasiu, widzisz? Setki opowieści. Tu-dum, tu-dum, tu-dum. Dyrektor jedzie, krawat z jedwabiu, teczka z lamy, czwarta kawa z ekspresu, już mu nawet nie smakuje.MIREK
O, Daśka, spójrz, warsik. Jajecznica z kiełbasą, pomidory na talerzu, rozmowa nie klei się do wszystkich.FRANEK
Setki opowieści, Dasiu. Widzisz? Dzieci chuchają na szyby. Chcesz wiedzieć, dlaczego? Nie wiem.MIREK
Nie, Daśka, dzieci rysują śliną na szybach obrazki. Kwiatek, domek, falbanka. Wiesz?FRANEK
Setki opowieści.
A potem wszyscy zadają sobie swoje własne pytania i są, kurczę, są naprawdę.
Tagi: felieton, e-teatr.pl
skomentuj (0)
Dzisiejszego felietonu, z powodu niedyspozycji, nie napiszę ja, tylko moje, wykreowane na tę potrzebę, przerysowane alter-ego o przydomku, dajmy na to, Dolores Miednica.
Tagi: felieton, e-teatr.pl
skomentuj (1)
„Tylko co czwarty Polak interesuje się kulturą.”
Aaaaaa! Jaki wstyd! Szybko, szybko, trzeba coś z tym zrobić, zanim hańba pójdzie w świat, a do wachlarza narodowych kompleksów dopisze się nowy blamaż!
Dobra, to zacznijmy od młodzieży. Młodzież jest dobra, chłonie jak gąbka, a potem kiełkuje i jak dorasta, to tak fajnie rozkwita nowymi trendami. Zróbmy coś dla młodzieży. Tylko żeby było takie autentyczne, szczere, bo inaczej młodzież nie wchłonie. Co jest autentyczne, szczere, młodzieżowe? Komiks na przykład. Komiks o Chopinie, rok był przecież chopinowski. Kultura wysoka z niską, super, zajebiście. Aaaaa! Nie zajebiście! Zajebiście nie, klawo! Nie można przeklinać przy młodzieży, bo jeszcze, nie daj Boże się młodzież nauczy i sama zacznie. Komiks dla młodzieży o Chopinie powinien być grzeczny, nudny, dziać się w dawnych czasach, nosić perukę i nie być komiksem. Niech nie prowokuje, bo jeszcze się taka młodzież wciągnie, zachłyśnie i pójdzie do więzienia, przeklinając jak ranny szewc. Niech nie pokazuje Chopina jako ciekawego, współczesnego gościa, bo to nieprawda, Chopin był cherlakiem i nie przeklinał, tylko kaszlał!!! Eee, wiecie co, głupi pomysł z tym komiksem. Wyrzućmy go do kosza i wynieśmy śmieci. Puścimy młodzieży kilka sonat i film z Piotrem Adamczykiem, niech sobie młodzież chłonie ile wlezie.
Dobra, fajnie, młodzież mamy z bani. Z głowy, znaczy się. To teraz dorośli. Bo przecież dziećmi się nie będziemy zajmować, one mają swoje kukiełki w teatrzykach i chałturki w przedszkolach, poza tym są za niskie i trochę ich nie zauważamy przez to. No to dorośli. Co dla dorosłych? No teatr. Bo kino przecież nie, kino prosperuje nam świetnie, kilkanaście komedii romatycznych w roku, w dodatku plakatów nie trzeba nowych robić, jest jeden uniwersalny plakat, tylko twarze podmienić i gotowe. Dobrze, więc teatr. Jak by ich tu zachęcić, tych trzech z czterech, co się nie interesują... Hmm... Bo dofinansować teatry przecież nie, za dużo rocznic i wydatków w tym roku. Hmm... Hmm... Eee, dobra. Olać teatr. Są przecież te prywatne, z celebrytami, w Warszawie. Na celebrytę to każdy przyjedzie, nawet z Wąchocka, w końcu to Warszawa, stolica, kolebka, w niej się wszystko zaczyna i kończy.
Podobno też Polska nie czyta. Że niby Czechów to aż 80% czyta, a nas tylko połowa. Ale nas jest więcej, więc ilościowo jesteśmy górą. O, zaraz, skoro tak, to może podatek podwyższymy! A nie, sorry, już podwyższyliśmy...
A w ogóle to sondaże kłamią. Bo jak Nowosielski umarł, to zaraz mu obrazy rozkradli, dwóch dni nie wytrzymali, tak się kulturą interesują! Malarstwem! Sztuką!
Dobra, to poróbmy jeszcze sztuczny tłok, rozjątrzmy temat, pokłóćmy się i ponarzekajmy, wyjdzie na to, że o kulturze jest głośno.
A teraz szybko, chodźmy stąd, zanim się okaże, że to bez sensu.
Tagi: felieton, e-teatr.pl
skomentuj (1)
Dawno, dawno temu, za siedmioma górami i siedmioma rzekami, w pięknym pałacu, żyła sobie królewna. Miała owłosione plecy, rzadkie, żółte zęby, ręce długie do kolan, łysiejące zakola, zrośnięte brwi, świńskie oczka, płaskostopie, garba i cellulitis. Była bardzo brzydka, ale miała dobre serduszko. Dbała o rodzinę, regularnie podlewała kwiaty, ratowała pisklęta, płakała na filmach przyrodniczych, oddawała pieniądze biednym i chorym, umiała słuchać, gotować i znała się na sztuce. Krótko mówiąc, była ucieleśnieniem snów niewidomych. Któregoś razu, zapewne za sprawą złego czaru, zapadła w wieczny sen. Ze względu na krzywą przegrodę, chrapała tak głośno, że usłyszał ją książę z bajki, który stosunkowo dawno nikogo nie ratował. Ruszył więc, nie zastanawiając się ni chwili, w podróż pełną niebezpieczeństw, mając przed sobą jeden jedyny cel. Ocalić królewnę i na zawsze zapisać się na kartach historii. Po trudach i znojach, dotarł książę do pałacu i wbiegł na sam szczyt wieży z zamiarem obudzenia królewny pocałunkiem prawdziwej miłości. Ujrzał łoże, odsłonił zasłonkę, spojrzał raz i zemdlał. Łupnięcie księcia w szlachetny marmur zbudziło królewnę, która jęła się ratować go techniką usta-usta. Książę po chwili ocknął się, a kiedy odkrył, co też się wydarzyło, spojrzał raz jeszcze na królewnę, dłużej, głębiej, z zadumą i zwymiotował.
Dlaczego właściwie dziecięcy bohaterowie masowej wyobraźni muszą być piękni, by mogli być szczęśliwi? Przecież po świecie podskakuje zatrzęsienie brzydkich dziewczynek i nieładnych chłopców, dla których takie podejście do sprawy może być wkrótce bardzo nie halo. Owszem, jest w literaturze i animacji dziecięcej kilka brzydalków-wyjątków; Shrek, Pippi Langstrump, Quasimodo, czy Bestia (od Pięknej), ale większość to wciąż miło-puszyste zwierzątka z wielkimi oczami lub różowolice laleczki-cycatki o sopranie w barwie lizaka. Fakt, brzydota w kulturze od zarania jest utożsamiana z przeciwieństwem piękna lub z jego brakiem, a „brzydki” najczęściej oznacza „moralnie zły”. Szczerbaty jest postrzegany nie przez te zęby, które ma, ale przez te, które zgubił. Od pampersa wbija się nam, że „za piękne uważamy coś, co jest miłe dla oka, ładne, pociągające, przyjemne, pełne wdzięku, urocze, fascynujące, harmonijne, cudowne, delikatne, powabne, czarujące, wspaniałe, zachwycające, niezwykłe, niepospolite, bajeczne, fantastyczne, zniewalające, magiczne, zadziwiające, wartościowe, widowiskowe, cudne, wysublimowane, a brzydkie jest: odpychające, straszne, obrzydliwe, nieprzyjemne, groteskowe, wstrętne, odrażające, obmierzłe, nieprzyzwoite, niechlujne, nieczyste, obsceniczne, ohydne, przerażające, nikczemne, potworne, plugawe, przeraźliwe, zatrważające, wstrząsające, koszmarne, zniesmaczające, podłe, mizerne, niepokojące, niecne, pokraczne, nędzne, siermiężne, niekształtne, nieforemne i szpetne.” (U. Eco, „Historia brzydoty”) Brzydoty się boimy, jest mało wygodna i trudna do zaakceptowania, nie robimy z niej pozytywnego bohatera, nie chcemy jej w roli głównej na deskach teatru i stronach książek. Mnie brzydota fascynuje. Padam na kolana przed książkami o kupie, o robalach, o kreciku, któremu ktoś narobił na głowę, kwiczę jak dziecko, gdy gruba świnia zakochuje się z wzajemnością, a łysy nietoperz zostaje królem balu. Uwielbiam (i polecam!) wydany parę lat temu zbiór bajek Mikołaja Łozińskiego („Bajki dla Idy”), w których bohaterami są Mucha, Bakteria, czy Szczur.
Pamiętam, że w dzieciństwie zgrozą napawały mnie rybiki cukrowe – szerzej znane jako „łezki”, zasiedlające łazienki. Deptałam je zaciekle, mówiąc, że są głupie, wiedząc, że są złe i trzeba je niszczyć. W końcu ktoś (siłą) pokazał mi rybika z bliska, pod mikroskopem. Był cudowny. Jak robot Lema. Mortal kombat, stwór z księżyca. Od tego czasu wszystkie chomiczki, kocięta i młode foczki stały się dla mnie przewidywalne i nudne. A w literaturze sprane i zużyte, zaszufladkowane po czubki różowych nosków. O ile ciekawiej i mądrzej byłoby pokazać dzieciom miłość nie do wymarzonego szczeniaczka, ale do tłustego, pomarszczonego knura wietnamskiego. Ile nowych sensów miałaby opowieść o żabie, która po pocałunku zamieniłaby się w księżniczkę z wyłupiastymi oczami i zajęczą wargą? Wkurza mnie, że zarówno w literaturze, jak i współczesnej dramaturgii dziecięcej jest wciąż tyle bezpiecznego i bezmyślnego piękna. Na czym te dzieciaki mają się uczyć tolerancji i samoakceptacji? Nieśmiertelny, niezniszczalny podział ładne-dobre, brzydkie-złe odbiera im możliwość decyzji – co tak naprawdę może się podobać. Króliczki są dobre, szczury złe. Misie lubimy, pająków nie. I potem, nie daj Boże, taki zbajerowany misiem dzieciak wlezie misiowi do klatki, żeby się przytulić i dać zabić puszystą łapką.
W moich tekstach aż roi się od robactwa, robactwo nie zdążyło się wpisać w żaden kanon, nie ma jeszcze cech, poza tą jedną, przypisaną na wyrost – „obrzydliwe”. Z robactwa, z kurzu, ze śmieci można tworzyć prawdziwe miłosne historie, bez ryzyka, że chodzi tylko o niezłą dupcię i słodki głosik. Z robactwa, z brzydactwa, z ułomności i koślawości da się wycisnąć prawie wszystko, otwierając przy okazji wiele furtek w dziecięcych łepetynkach. Tymczasem, gdzie by nie spojrzeć, różowo, pluszowo, misiowo i truskawkowo. A aktorka grająca Śpiącą od stu lat Królewnę ma na ustach błyszczyk. Prawda jest taka, że nie żyjemy w świecie aniołków i kwiatków, a piękni ludzie z telewizji często są puści jak Mielno zimą.
Nie chodzi o to, że marzę, by literatura i teatr zakopały się w ekskrementach, smarkały, bekały i miały pryszcze. Ale, kurczę, niech raz na dziesięć jakaś królewna ma odstające uszy i nieogolone nogi, niech czasem wygra ten grubszy, niech Czerwony Kapturek pod kapturkiem będzie łysy, a rozterki egzystencjalne dziurawej skarpetki wzruszają do łez. Bo dla mnie, tak całkiem osobiście, brzydoty, marności i ułomności do oswojenia mogłoby być więcej.
Tagi: felieton, e-teatr.pl
skomentuj (0)
Wyobraźcie sobie zwykły dzień. Drrr! Budzik. Zęby. Prysznic (dla tych, co rano biorą). Bielizna itepe. Makijaż (dla tych, co się malują). Kawa. Śniadanie (dla tych, co jedzą). Wyjście z domu w ważnych sprawach. Ulica. Skrzyżowanie. Wielki kanion, dziura w ziemi jak po bombie. Herbata. Wiadomości. Randka /spotkanie z przyjaciółmi, książka, zęby, spać.
Albo wyobraźcie sobie zwykły rok. Brrr! Zima. Śnieg, błoto pośniegowe, czapka, szalik, zahibernowane psie kupy i leśne zwierzęta. Walentynki. Przebiśnieg, powódź. Ciemność, pustka, cmentarz. Babie lato, jarzębina, dzieci zbierają liście na wuefie, pada, pada, pada, sylwek.
Albo wyobraźcie sobie zwykłe życie. Frrr! Poród. W pupę klaps. Pampers, nocnik, nakładka na kibelek. Mleko, kaszka, pierwsza świeczka w torcie. Druga. Trzecia. Przedszkole, a w nim jeżyk z wycinanki, co niesie na igłach jabłko (swoją drogą, kto kiedykolwiek widział prawdziwego jeża z jabłkiem na igłach...) Mundurek, dzienniczek, podręczniczek. Wielka, kosmiczna czarna dziura. Studia wyższe, mąż/żona/kariera, kredyt, wyjazdy zagranicę, dzieci, kryzys wieku średniego, klimakterium, trzeci filar, uwiąd starczy, zejście.
I jeszcze tylko wyobraźmy sobie zwykły świat, ale bez nastolatków.
A teraz zaśpiewajmy razem Urszulę, trzy, czte i ry: "Czego wciąż mi brak, co tak cenne jest, że ta nienazwana myśl rysą jeeest na szkleeee."
Teatrze, dlaczego nie śpiewasz z nami? Nie masz tekstu? No właśnie.
Jak to jest, że teatr w Polsce całkiem nieźle wychowuje sobie dorosłych i dzieci w wieku od najnajmłodszego do wczesnoszkolnego, a nastolatki zostawia bez opieki? A to fascynujący wiek, studnia bez dna. Czas, w którym bez ostrzeżenia dostaje się okresu, pryszczy i nocnych polucji, mroczny czas kompleksów, pierwszego wstydu i zakochania, czas rozstań z misiem, buntu, tęsknot, romantycznych wierszy, rozkroku między prostym dzieciństwem i trudną dorosłością i całej masy pierwszych razów. A ostatnio także czas zabaw w słoneczko i pornograficznych filmów w telefonach. Jak to jest, że nastolatki to w teatralnym świecie praktycznie sieroty?
Te odważniejsze radzą sobie same - robią własny teatr. (Powstają tam często rzeczy, które nie śniły się filozofom, jednak Teatr rzadko traktuje je poważnie.) Niestety mniej świadoma reszta w ekspresowym tempie uczy się rzucać w teatr nastoletnimi jajami. Trudno nie rzucać nastoletnimi jajami w zestaw dziewiętnastowiecznych lektur. Trudno nie rzucać w nieświeże, przeżute na polskim, wymagane i z gruntu obowiązkowe odgrzewane kotlety. Nieważne, czy z pełnokrwistego "Pana Tadeusza", czy nieco żylastej pozycji kanonu numer ileśtam. I nastolatek rzuca, rzuca to w cholerę i ma gdzieś teatralną czarną dziurę i wszystko, co próbuje mu się wcisnąć. I wkracza w teatralną dorosłość nieprzygotowany. A częściej nie wkracza wcale.
Problem w tym, że jest taka niepisana zasada: "Nic nie wciskać nastolatkom na siłę". Więc co robić, o czym pisać, jak pisać, co i jak wystawiać, żeby zaspokoić nabuzowane hormonami potrzeby?
Można próbować się podszyć. Porzucać kurwami, napisać o buncie, wziąć się za ziomali spod bloku, czy gostków z poprawczaka. Problem w tym, że łatwo być nieprawdziwym. Walnie się niechcący jakieś niepotrzebne słowo, jakąś "budę", jakieś "klawo", czy "morowo" i poleci nastoletnie jajo.
Można potraktować ich swojsko, po dorosłemu. Opowiedzieć o życiu uniwersalnie i z polotem. Sprawić, by poczuły się traktowane serio, nastolatki lubią być starsze.
Można wychowywać i nauczać. Fuj!
Można też wymyślić dla nich specjalny język, który jeszcze nie istnieje. Albo coś zarapować. Zahiphopować. Zatańczyć. Zaśmiać.
Można to potem zagrać dorosłymi aktorami (znamy ryzyko - trzydziestoletni facet w czapce z daszkiem, mówiący joł, to trzydziestoletni facet w czapce z daszkiem, mówący joł). Można zagrać autentyczną młodzieżą (tylko jak, kiedy, na dużej przerwie?).
Można kombinować jak koń pod górkę, ale jednak kombinować. Bo jest dziura do załatania. Jest rysa na szkle jak stąd do Częstochowy.
Ja się generalnie boję nastolatków, jakoś mi przy nich łyso, nie wiem, może mam traumę z podstawówki, ale Teatr przecież nie ma! Czemu na przykład nie ma Polski w ogólnoeuropejskiej inicjatywie Artistic Discoveries in European Schoolyards - Platformie 11 + ? Czemu wyjście instytucjonalnego teatru do szkół (dobre wyjście) jest wciąż rzadkim i rzadko komentowanym wydarzeniem artystycznym? Czemu tak rzadko powstają dobre teksty dla młodzieży? (Walę głową w ścianę, bo sama nie potrafię, bo próbuję i nie znam klucza).
Czemu, czemu, czemu? Jestem właśnie panną narzekacką, co pierdzi w stołek i pisze felieton oskarżycielski. Ale to nie tak. Ja się po prostu dziwię. Mnie to fascynuje. Czy młodzież przeraża? Czy jest wyzwaniem? Jeśli tak, jak je podjąć? Przecież w kosmicznej czarnej dziurze teoretycznie można spotkać wszystko, tylko jak tam wejść? Technicznie i mentalnie.
Ps. Minęła godzina od napisania felietonu, a ja siedzę dalej i dumam - jak napisać szczery tekst dla młodzieży. Może komuś innemu się uda - warto próbować. Ja tymczasem...
"Beznamiętnie podpalam świat...
w końcu liczy się gest..."
(Tak, Urszula)
Tagi: felieton, e-teatr.pl
skomentuj (1)
DZIEŃ BABCI
Dokładnie dziś, tylko że rok temu, usłyszałam w tramwaju taką rozmowę:
Pięciolatek: Babcia! Babcia!
Mama pięciolatka: Co – babcia?
Pięciolatek: Babcia! Babcia!! Do babci!
Mama pięciolatka: Tak, kochanie, dzisiaj jest Dzień Babci i dlatego NIE pojedziemy do babci.
(?)
Dzisiaj też jest Dzień Babci i ja także do babci nie pojadę, tylko zadzwonię – najpierw do jednej, a potem do drugiej – złożę życzenia i miło sobie porozmawiamy, bo uwielbiam moje babcie. Tylko że nasze rozmowy średnio nadają się na felieton. Dlatego, zanim zadzwonię, postaram się zmienić w babcię i pokuśtykać chwilę po przyszłości.
Na papierze to proste, więc – fiku mik – już jestem babcią. Mamy rok 2063, mam równe 80 lat. Nie wiem, czy jestem czyjąś babcią, czy tylko starą babcią. Jestem prawie łysa, garbię się do ziemi, być może fukam cierpliwie, aż ktoś ustąpi mi gdzieś miejsca, mój język uznawany jest za staroświecki, a to, co mówię, za niegodne uwagi. Nikogo nie obchodzi, kim byłam, co widziałam i przeżyłam oraz że kiedyś byłam kobietą, miałam piersi i uprawiałam seks. Jestem rozgoryczona, samotna i kompletnie bezbronna, a w społeczeństwie funkcjonuję jako pomarszczona śliwka zalatująca stęchlizną. Tak czy siak widzę nieźle na lewe oko, więc dreptam, stękam i obserwuję.
Internet jako taki to relikt, o którym czasem powstaje jakaś w połowie przepisana praca magisterska na wydziale historii. Gdzieś tam powstał nawet fragment o e-teatrze – portalu dla ludzi z klasą, w którym to wstawiało się słitaśne foteczki, komencie, recenzje i felietonki. Praca została oceniona na cztery i pół. Internet nie istnieje, bo zastąpił go wtrysk, czyli Wirtualny Tranzyt Rzeczywistości y Spamu Komunikacyjnego. (Nie wiem, czemu przez y.) Wtrysk działa niezależnie od wszystkiego, przez cały czas i nie idzie się z niego wylogować. Zresztą nikomu to do głowy nie przychodzi. To zintegrowana baza danych, która pozbawiła świat kontroli rynku. Nie kupujemy książek, czy muzyki, nie płacimy abonamentu (szok!!!), nie musimy nawet zakładać fejsbuka, by powiedzieć, że coś się lubi albo nie lubi. Nie chodzimy też do teatru, bo wtrysk zapewnia nam nieustanną stymulację intelektualno-estetyczną z możliwością przewijania do przodu.
Zresztą teatr, literatura, sztuki plastyczne, film i muzyka też smętnie powłócząc nogami odeszły do lamusa. Nie, gdzie do lamusa, do wariatkowa. Bełkoczą w kaftanach bezpieczeństwa zlepkami cytatów, miksują i remiksują, pierniczą i postmoderniczą. Biedactwa, pozbawione autorów, niczyje i wspólne jak w średniowieczu, klecą coś na kolanie, na cyfrowych serwetkach o sekundowej dacie ważności zapis-odczyt. Spam i slam, dwaj zarządcy szpitala, raz po raz urządzają oddziałowy krąg zwierzeń, zostawiając miejsce w rogu sali na komentarze i lubnięcia, powtarzając jak mantrę zasady uczestnictwa, w stylu: Łączymy wszystko, co da się połączyć. To, co usłyszane przy okazji, jest najlepsze. Artysta nie pożycza, artysta kradnie. Nieważne, co to znaczy artysta. Nie liczy się ilość, liczy się masa. Sens przychodzi później i nie jest naszym głównym celem.
Mijam szpital, drepczę dalej. Po autostradzie. Autostrady mamy śliczne i kolorowe jak z bajki. Sami je zrobiliśmy, po głośnej akcji na facebooku w 2037 – „Autostrady są dla ludzi”, gdzie jedno kliknięcie zobowiązywało do wylania jednego wiaderka podłoża bitumicznego. Przede mną przemyka nerwowo jakiś golas, zasłaniając przyrodzenie książką. To członek Federacji Nisz, tajnej organizacji zrzeszającej ludzi starej wiary. Spotykają się pod ziemią, w dawnym Pałacu Kultury, gdzie, opędzając się od bezpańskich szczurów, szepczą poezję i hołubią kanony gustu i wartości. Ukrywają się, choć nikt ich nie szuka. Wolą tak, niż przyjąć, że świat ma ich w dupie. Podsłuchuję chwilę, ale to co słyszę, nie przypada mi do gustu. Ponieważ członkowie Federacji się ukrywają, bardzo się spieszą, dlatego szepcząc poezję, używają skrótów myślowych -
Słuchaj dzieweczko – ona nie słucha
Żar z rozgrzanego jej brzucha bucha
Znudzony pieśnią lud wołał o czyny
Zrywaliśmy przybyłe tej nocy maliny
Między nami nic nie było
To samo miasto, domy, powietrze
I kiedy twoje usta ustami otwieram
Dla mego bóstwa umieram!
Rozbija mnie o kamienie każde twe westchnienie
Jestem pastylka na uspokojenie.
- Wyszeptał jeden golas i zemdlał z głodu.
Drepczę dalej, łyknąwszy ostatni wers wiersza. Po drodze mijam jeszcze pomnik Gołoty, hologram parku i Urząd do Spraw Zbrodni Smoleńskiej, pod którym stoją moje koleżanki z osiedla. Bolą mnie plecy, boli mnie serce, postanawiam jednak zrobić jeszcze jedno kółko. I jeszcze jedno. Chodzę w kółko, coraz ciaśniej, aż robię piruet i znikam.
Fiku-mik. Zadzwonię do babć, złożę im życzenia, porozmawiamy sobie miło, bo uwielbiam moje babcie, za to, że używają komórek, wiedzą, co to Internet i mają gdzieś i teatr i Smoleńsk.
Ps. Jak wiadomo, alternatywnych przyszłości jest siedemnaście, a ja przeniosłam się tylko w jedną z nich. Sorry. Może przynajmniej dzięki mnie ktoś przypomniał sobie o dzisiejszym święcie. Dzwonimy do babć, a jutro do dziadków. Co będzie, to będzie, zobaczymy jak kij popłynie, jak mówi moja babcia.
Tagi: felieton, e-teatr.pl
skomentuj (1)
Najbardziej kocham poranki. Moja druga połowa robi mi śniadanie – ostrygi, kawior, krewetki, sushi, krłasanty, konfiturę z pączków róży, avocado, colorado, marmelado i coffee. Ale nie jadamy w łóżku, szkoda nam dnia. Zasiadamy sobie o szóstej rano przy naszym wielkim drewnianym dębowo mocnym stole i patrząc na ocean, ale przy okazji i na nasz kawałek lasu i też na górskie strumienie, ale trochę zerkając na bezkres łąk i śpiew ptaków i na małe rozkoszne polarne niedźwiadki tarzające się w śniegu, snujemy wspólne plany na przyszłość. Delma Extra. Mamy z moją drugą połową mnóstwo czasu, dlatego wyciskamy sobie sok z cytrusów,puszczamy sobie bąbelki w jaccuzi, nabijamy na malutkie widelczyki kawałki jedzenia i celujemy sobie tym w buzie, malujemy sobie obrazy olejne, ot tak frywolnie, tarzając się na golasa po płótnie, dużo czytamy, ale tylko sobie nawzajem i na głos, uwielbiam, gdy moja druga połowa mi czyta na głos, jest wtedy taka męska, taka żeńska, seksowna, pachnie wtedy piżmem i kokosem, zupełnie tak, jak pachniał mój rodzinny dom, który był naprawdę bardzo rodzinny i idealny i też mi czytał na głos i opiekował się mną tak bardzo, że sobie cholera nie wyobrażacie. Mój dom był rodzinny i najlepszy, lepszy od waszych domów, wszystko rozumiał, był moim przyjacielem, matką, ojcem i ukochanym zwierzątkiem. Blend-a-Med. Tam się nauczyłam jak żyć, jak osiągnąć spokój, miłość, sukces, pieniądze, nieprzywiązywanie wagi do pieniędzy, jak się ubierać tak, by ukryć mankamenty figury, których nie mam, jak mieć urodę, seks, porządek w torebce, talent, usunięcie zmarszczek w photoshopie, niesikanie, nierobienie kupy, niemanie pryszczy i wiele, wiele innych rzeczy, o których chcecie wiedzieć. Nie mam pojęcia po jakiego grzyba wam ta wiedza, bo generalnie wy nigdy nie osiągniecie mojego levelu i będziecie się frustrować, chyba że kupicie sobie Simsy albo Coca-Colę, albo Domestos, żeby wam zabił wszystkie bakterie i żebyście poczuli się bezpiecznie w swojej łazience, albo gdzie tam chcecie.
Choć powiem wam szczerze, tak po namyśle, po zastanowieniu się sobie, że kurde wcale nie jest u mnie tak kolorowo. Calgon. No bo moja druga połowa mnie bije. I pije. I nie płaci alimentów. I jest moim eks, który mnie prześladuje. I jest impotentem. I ma wieśniacki sweter. I śmierdzi. A ja biorę narkotyki i mam siniaki od igieł, jestem tak posiniaczona od razów, urazów i strzykawek, że wyglądam jakbym niechcący czterdzieści razy spadła ze schodów, a moja matka mi powtarzała, że źle skończę i że jestem szmatą od dziecka, a ja jej nie słuchałam, bo i tak popełniła samobójstwo i ktoś ją zabił, a może nawet ja. Sekret Mnicha. A ja i tak chodzę w peruce i mam zmienione imię, żeby sąsiedzi, co mnie rozpoznają, wiedzieli jak wyglądam w peruce. Na szczęście, jak byłam mała, to robiłam sobie zwierzątka z kurzu i włosów i w ten sposób pobudzałam swoją wyobraźnię w tej biednej Czeczenii, w tym Iraku, w tej polskiej powodzi, co nam wszystko odebrała i nic nie zostawiła. Jak to dobrze, że właśnie piszecie Państwo na mnie SMS-y. Piszcie na mnie SMS-y, na każdej części ciała możecie pisać, tylko nie na nogach, bo nóg akurat nie mam, ale i tak się uśmiecham, bo jestem silna i liczę na wasze wsparcie. Zresztą na przykład taki Whiskas też liczy na wasze wsparcie, bo kot go sam nie kupi, a co dopiero krem do cery dojrzałej i szampon wzmacniający albo kisiel Chwila dla Ciebie, widział ktoś kota, który kupowałby kisiel?
W każdym razie i tak najważniejsze w tym wszystkim jest to, że zaraz będę strzelać i skakać po dachach, spocę się jak szczur i dostanę kulkę, ale spoko, wyjmę ją sobie rach ciach i dalej hejże z pistoletem będę ganiać. Simplus. Tylko że potem się zakocham w kimś, kogo najpierw okropnie nie lubiłam i się z nim czubiłam, a potem będzie pościg na lotnisko w ostatniej chwili i pocałunek w zwolnionym tempie, szkoda tylko, że będzie go trzeba przerwać dowcipnym komentarzem, który wypowiem na koniec, a to mi przypomina przezabawną historię, w której to Proszek do Prania przychodzi do lekarza, a lekarz też Chajzer.
Słuchajcie, tak generalnie to ja już będę spadać, bo zaraz tańczę z ludźmi, którzy widzieli gwiazdy, albo są ich synami i córkami, a w tym samym czasie śpiewam, opowiadam kawały, gotuję i zmieniam pieluchy, także czasu za wiele nie mam, powiem wam tylko na koniec, że cieszę się cholernie, że mają zlikwidować mi na jedynce to takie pasemko dziwne, jak to było, Mój Teatr, czy coś. Ja nie mam czasu na takie pierdoły, widzicie, ile się dzieje, ledwo ogarniam, nikt normalny by tego nie wytrzymał. A te teatrzyki to o takim psu na budę życiu opowiadają. Kogo to, Nivea, obchodzi?Tagi: felieton, e-teatr.pl
skomentuj (0)
- Odchodzę – stwierdza moje pisanie.
- Ale jak to odchodzisz? Przecież nie masz nóg, poza tym idą święta! – jestem przerażona.
- Ale ty właśnie w święta nigdy o mnie nie pamiętasz! – wybucha moje pisanie – Jestem ci potrzebne tylko, gdy ci źle, gdy leje, gdy nie masz nic ciekawszego do roboty!
- Czyli często... – próbuję załagodzić – Pisanie, pisanko moje, nie odchodź, błagam pomęczmy się razem jeszcze, tak wiele dla mnie znaczysz...
- Ja dla ciebie wiele znaczę?! Wystarczy, że pojawi się pierwszy lepszy facet, natychmiast przestaję dla ciebie istnieć!
- To nie tak, zrozum, ja kocham pisać, no dobra, czasami nam nie wychodzi, często jest do dupy...
- Zawsze wszystko spłycasz. I te twoje tanie żarty – moje pisanie się rozkręca – w ogóle mnie nie doceniasz! Ciągle mi mówisz, jakie jestem niedoskonałe, bawisz się mną, zamykasz mnie w szufladzie, przerywasz mi, tylko udajesz, że mnie rozumiesz! I ten parszywy charakter pisma. Mam dosyć, rozumiesz? Dosyć! Odchodzę!
- A co będzie ze mną? – pytam zrozpaczona, wściekła, przejęta i obojętna.
- A gówno! – kwituje moje pisanie i rzeczywiście odchodzi, tak jak stało, z kawą, w niebieskim szlafroku, w pół zdania.
I tak sobie odchodzi ode mnie moje pisanie raz po raz, pełne wyrzutów, brak wiary mi wytyka, grozi alkoholizmem, zarzuca wykorzystywanie tekstualne, wypomina nieregularność kontaktów fizycznych. A bez mojego pisania jestem jak Romeo bez Julii, jak George Michael bez Last Christmas, jak szlachcic bez wąsa – da się żyć, tylko po co?
Bez pisania często puste, blondyńskie słowa lecą z ust i tylko klawiatura mnie ratuje, w którą walę jak chłop walonkami wali w klepisko, z przytupem, z echem, z za głośno. Paluchy przy waleniu w klawiaturę wypełniają się tak jakoś same treścią, dają po garach tym wszystkim, czym usta milczą, bo się wstydzą gadać. I pęcznieją te paluchy przy tej klawiaturze, nie z bólu, bo do walenia przywykły, ale z odwagi pęcznieją, z hartu ducha, z frajdy papilarnej, że może znów się da to moje pisanie niecnie wykorzystać. Tymczasem pisanie opuszcza mnie bez ostrzeżenia, wymyka się cichaczem tuż przed Bożym Narodzeniem, gdy tyle życzeń, tyle esemesów przed nami. I co?
I nic. Ocieram łzę i zarzucam dziarsko z biodra, bo wiem, że im bardziej toksyczny jest nasz związek, tym lepiej dla nas. Szarpmy się z pisaniem, tłuczmy się po twarzach, obrzucajmy epitetami, gardźmy, gwałćmy i kochajmy. Niech się leje krew, wzajemna nienawiść niech nas pochłania jak bezdomny pochłania kanapkę. I odchodźmy i wracajmy, porzucajmy i przepraszajmy się nawzajem, nie ufajmy sobie, zdradzajmy się, pokazujmy sobie faki, byle tej nudy, rutyny uniknąć. Byle ten związek nie opierał się tylko na przytulnej drabince i bezpiecznym treatmencie. A gdy nas złośliwie pisanie w święta opuszcza, to i dobrze – jak kocha, to wróci.
W święta to my kochajmy bliskich, całujmy ich, przytulajmy, zróbmy im gorącą czekoladę. Bo taka miłość to dopiero sztuka! I trzeba o nią dbać.
Świąt pełnych miłości życzę. I poświątecznych powrotów do formy. I treści.
Tagi: felieton, e-teatr.pl
skomentuj (1)
Gdybym dbała o zęby tak skutecznie, jak urzędnicy dbają o
rozwój kultury w niektórych miastach, to:
Zaczęłabym od wyboru stosownych narzędzi. Szczoteczka – na nią zeszłyby dwa, może trzy miesiące, bo istotny jest nie tylko rodzaj włosia, ale i kolor, faktura plastiku, gumka do czyszczenia języka, miejsce pochodzenia z Chin i czy w uchwycie zatopione są takie malutkie gwiazdeczki. Przy wyborze pasty czasu upłynęłoby drugie tyle, plus miesiąc testingu smakowego na przypadkowych przechodniach.
Następnie zajęłabym się wyborem miejsca. Powinno być odpowiednio oświetlone i przewiewne, z dużym zapleczem operacyjnym, wilgotnością powietrza i dostępem do bieżącej wody. Zakładam, że w ciągu roku udałoby mi się znaleźć lokal zastępczy, dzięki czemu mogłabym poświęcić kolejne dwa na poszukiwanie tego właściwego, zwracając szczególną uwagę na kafelki.
Zanim doszłoby do wielkiego otwarcia (ust), przegłosowałabym sposób głosowania na głosowanie w sprawie rodzaju otwarcia. Czy z przytupem, na całego, pełna moc zawiasów, czy raczej kameralnie, dziubkiem bądź skromnym półgębkiem. Oczywiście w trakcie pojawiłyby się głosy przeciw, podważające otwieranie ust w linii pionowej i stające w obronie mniejszości, która nie posiada dolnej wargi, będąc z tego względu dyskryminowaną.
W międzyczasie osad na moich zębach stałby się osadą, a kultury bakterii wymyśliłyby koło. Kieł i trzonowiec postawiłyby między sobą mur nienawiści po niewinnym komentarzu „pan tu nie stał”, który z biegiem lat nabrał nowych znaczeń. Górne siekacze popełniłyby zbiorowe samobójstwo, rzucając się w gardziel z okrzykiem „Boga nie ma!”. Zęby mądrości kompletnie by zgłupiały i rysowały uśmiechnięte wiewiórki, dolne siekacze wystrzeliłyby się w kosmos, a język porosłyby włosy. Niedobitki dobiłaby próchnica, a bezsilne dziąsła nie mogłyby nawet zgrzytać ze złości.
Koniec końców czynność mycia zębów doszłaby do skutku, a brak zębów, w obliczu takiego zaangażowania i daleko posuniętych przygotowań, byłby mało znaczącym szczegółem. Chwilę później pojawiłaby się stosowna notka prasowa, a zaraz po niej bicie spływającej po brodzie piany.
To tyle z mojej strony. Znużona następującymi po sobie co kilka dni okrzykami „Trzeba działać!” i powtarzającą się w kółko odpowiedzią „hip hip, hurra!”, uciekam do łazienki.
Jeszcze tylko sugestywny i mądry morał, który trafi w sumienia urzędników i skłoni ich do podjęcia odpowiednich kroków w wielu pilnych sprawach:
Kto źle myje zęby, temu śmierdzi z gęby.
Ps. Felieton dedykuję uzbrojonym po zęby towarzyszom broni z Poznania. (Szczególnie tw. Adamowi Z. z bunkrów w cichej strefie i made in Poznań tw. Marcinowi M.) Ale nie tylko.
Tagi: felieton, e-teatr.pl
skomentuj (0)
Od początku tego roku co piątek piszę felieton dla e-teatru. Powklejam je, bo w stopce maila dalej mam adres bloga, a w blogu wiatr hula i pałętają się bezpańskie psy, a trochę już materiału się zebrało, więc hejże, czemu nie. Bo pisać 'zwykłych' postów mi się nie chce i nie mam czasu.
Więc, chronologicznie od początku:
BARBIE WYMIĘKA
Jem obiad ze znajomą krytyczką teatralną.
- Co pani sądzi o spektaklu, który przed chwilą widziałyśmy? - pytam.
Krytyczka wcina rosół i zapamiętale notuje coś na serwetkach.
- Fajny był. Mi się podobał nawet. Fajnie, jak ta dziewczynka mówiła, że wszystko śmierdzi. Tylko ten komar to było kłamstwo, bo miał dwie nogi, a komary mają piętnaście. A ja wczoraj znalazłam na podwórku konia z Zosią i mu zaplątałyśmy nogi, ale on biegał, bo mu zaplątałyśmy tylko dwie. Tylko że potem już musiałam iść do domu.
- I co zrobiłyście z koniem?
- Zjadłyśmy go.
Krytyczka nachyla się nad notatkami. Pytam ją, co tam ma.
- Co tam pani ma?
- Narysowałam rodzinę. To jest Mama Śmierdziocha, Tata Śmierdzioch i ich Córeczka Śmierdzieczka.
- A o czym chciałaby pani zobaczyć inne przedstawienie dla dzieci?
- O koniu, który płacze, bo puszcza bąki. Ale jest dobry, tylko że nikt go nie kocha i jak płacze, to zalewa cały świat, a potem go ratuje strzelając tymi bąkami. Napiszesz mi?
Ida nie umie pisać ani czytać, ma pięć lat i jest jedną z najlepszych krytyczek teatralnych, z jakimi jadłam obiad. Nie bawi się w metafory, nie porównuje do Czechowa, do Czechów, do Częstowewspółczesnejdramaturgii, nie parafrazuje, nie owija w bawełnę. Się podoba – chichranie. Się nie podoba – foch. Proste.
Jezu, jakie trudne.
Pisanie dla dzieci jest jak pisanie dla ufoludków, z tą różnicą, że dzieckiem dawno temu zdarzyło się być i do teatru z mamą chodzić. Mam nawet trochę traumatycznych wspomnień z tym związanych. Po pierwsze "Guliwer". Nie pamiętam jaki teatr, nie pamiętam jaki reżyser, pamiętam wyłącznie kilkugodzinną histerię, która zaczęła się, gdy potworny, gąbczasty Guliwer żegnał Liliputy, a one tak parszywie płakały, a skończyła się lizakiem. Po drugie "Złodzieje Czasu". Tu pamiętam głównie zaduch emdekowskiej sali, dziurę w krześle i zgniłozielony parawanik. I czarownicę ze szmat, która śni mi się do dziś. Przez kilka takich numerów made by lata osiemdziesiąte, bałam się teatru jak dentysty. Dzisiejsze ufoludki nie mają się już czego bać. Z kilku powodów. Przede wszystkim teatry dla dzieci nie straszą wymuszonym przez czasy podejściem "nie musi być ładne, ważne, że się nie rozleci" i komunistycznym designem, ot taki Baj Pomorski w Toruniu - zamiast budynku w środku miasta stoi gigantyczna szafa – aż chce się pomieszkać w szufladzie. Scenografia też zwykle przechodzi samą siebie (i moją paromiesięczną pensję), zachwyca, a jak nie zachwyca, to nie obrzydza. Ważniejsze jednak, że dzisiejsze ufoludki niczego się nie boją, bo, gdy tylko osiągają metr wysokości, w zwartych szeregach podejmują walkę z potworami. Potwory są różowe, czarne, w kropki, latają, strzelają, albo trzeba do nich strzelać, bekają, komentując to: „z dwojga złego lepsze tą stroną”, wymiotują zielonkawym strumieniem, bijąc rekord rzygu w dal, niektórym wybucha głowa, inne mają kilkanaście żyć, a jeszcze inne błyszczący, czerwony tyłek. Gdy dzisiejsze ufoludki przychodzą do teatru, są nierzadko uzbrojone po zęby i odporne na wiele traum, przygód, a często także na magię. Dlatego czary, jakie ma im dać teatr, muszą pochodzić ze skrajnie innej beczki.
A ja, i wielu mi podobnych, podejmuję się ryzykownego bycia czarownicą od tych innych czarów, które, mimo braku efektów specjalnych, mają czarować skutecznie.
Trudno jest lawirować między współczesną dziecięcą poetyką Włatców Móch i Cartoon Network (brrr!), a tym, co uniwersalne i wciąż potrzebne. Pisać o prawdzie, dobru i złu, o miłości, czy śmierci, nie nudząc przy tym, albo, co gorsza, nie podszywając się pod współczesnych dziecięcych idoli. W moim dzieciństwie dużo łatwiej było mieć frajdę, bawiąc się koszyczkami do szklanek (ufo), ubijaczką do białka (cesarz) i marchewką (zielonowłosa cesarzowa). Do dziś, kupując marchew, oceniam ją po włosach i wyrazie twarzy. Plastikowe GI Joe, Barbie (och, Barbie, jak ja ciebie pragnęłam...) czy inne cuda ze Smyka mają jeden wyraz twarzy i ni cholery nie da się go przełożyć na inny, gdzieś indziej, kiedy indziej, za parę lat. Wieczorynka już nie jest świętem ulicy, gdy pustoszeją podwórka, nakręcana żabka do kąpieli nie przyprawia o dreszcze, że pływa. Teatr dla dzieci musi się przebić przez 3D, HD i HTTP.
Mówi się trudno. Pisze się trudno! Fajnie, że się trudno pisze. Że można zrobić tak, że 3D się chowa, bo teatr ma 5D i to bez plastikowych okularów. Że można zrobić tak, że Mucha kocha Konia i to jest romantyczne (Marta Guśniowska – Baśń o grającym imbryku). Że nagi, zawstydzony cukierek tęskni do papierka (Aneta Wróbel-Wojtyszko i Adam Wojtyszko – Historia pewnego przedmiotu). Że czasem nawet twardocyca Barbie wymięka.
Każdy nowy tekst jest wyzwaniem – czy dzieci polubią taką moją ubijaczkę, taką marchewkę czy mola z szafy, co mu kulki na mole załatwiły rodzinę. Czy przyjrzą się tym zwyczajnościom tak, jak przyglądają się trójwymiarowym pościgom i elektronicznym zabawkom. Czy kupią teatr, zabiorą go do domu i będą się nim bawić.
Czasem się udaje, czasem kupują, krzyczą na całą salę przysłowiowe: „Uważaj, Kapturku, wilk!” i rysują na serwetkach ciągi dalsze, choćby śmierdzące. I to jest dopiero międzyplanetarny, teatralny sukces. (I o to też trzeba dbać, panowie od cięć w budżecie Warszawskich Spotkań Teatralnych, żeby Małe było i żeby było piękne!)
Ps. A tak swoją drogą, chciałabym kiedyś zobaczyć dorosłych, którzy podskakują z radości, strzelają z palcowych pistoletów do postaci negatywnej i gramolą się na scenę, żeby czegoś dotknąć. Sama to się trochę wstydzę.
Tagi: felieton, e-teatr.pl
skomentuj (0)
Mężczyźni są z Marsa, a kobiety ze Snickersa.
Póki co tego się będę trzymała, bo z poważnymi prawdami o życiu to jednak nic nie wiadomo.
Jestem bogatsza o orzeszki, a to wiele komplikuje.
Gdzieś jest, lecz niewiadomo gdzie. Słońce. Dawno go nie było. Maj sraj.
Choć ostatnimi dniami bardzo przyjemnie mi się mokło. Mokłam trochę w Toruniu. Z zewnątrz i niestety też od środka, zatapiana regularnie morzem piwa. Czasem tak trzeba i jest fajnie. Toruń jest więcej niż fajny. Dla mnie to takie polskie Carcassonne. Polecam kawiarnię "Róże i Zen", gdzie spędziłam miły czas w towarzystwie mojego przyjaciela i nieznajomego pluszowego listonosza z nosem w kształcie penisa. Polecam też NRD, w którym czas się zatrzymuje, ale nie jak w tym komunistycznym NRD, a raczej cyrkuluje wewnątrz, w pomieszczeniu, niepostrzeżenie bijąc po oczach jaskrawością siódmej rano. Polecam też teatr Baj Pomorski, w którym miałam przyjemność nocować i dzięki któremu poznałam grono dobrych ludzi. Centrum Sztuki Współczesnej polecam architektonicznie, ale już nie wewnętrznie, przynajmniej nie dziś. Nie polecam taksówkarza Romana, który słuchał Radia Maryja i okantował mnie na dziesięć złotych. Nie polecam zabierania niewygodnych butów, ale przecież dla każdego poza mną to oczywiste.
Toruń walczy właśnie o tytuł europejskiej stolicy kultury i jest godnym wojownikiem. Piszę to jako zdeklarowana i zboczona poznanianka.
A tak na marginesie, dziś w Poznaniu też mokłam uśmiechnięta. Oto dlaczego: http://www.e-teatr.pl/pl/artykuly/94463.html
Tak się uśmiechałam, że, gdy ochlapał mnie autobus, poczułam to w gardle :)
Wróciłam właśnie z Sandomierza. Piękne miasto, niestety ostatnio otoczone kultem zdewociałych gospodyń, za sprawą serialu "Ojciec Mateusz", który tam kręcą. "Wycieczka śladami Ojca Mateusza". "Bądźmy jak Ojciec Mateusz. Misja przywracająca wiarę". "Tutaj Ojciec Mateusz jadł rumsztyk ze śliwką". "Ojciec Mateusz na tropie najlepszej maślanki". Poza Ojcem Mateuszem jest też w Sandomierzu katedra, a w nim malowidło numerologiczne, z którego można dowiedzieć się, jak się umrze. Mnie się nie udało, moja śmierć była akurat w remoncie. W drodze powrotnej widziałam kilkanaście kobiet w wieku późnego przekwitania, każda w niebieskim fartuchu. Zastanawiam się, gdzie można je jeszcze kupić. Widziałam też "Sex Szop" w rozsypującej się budce wielkości kiosku ruchu, z kratą w jedynym oknie, ustawiony w polu, obok przystanku PKS. Widziałam dziurawe drewniane domy, pola kiełkującego chmielu i sady jabłoniowe. I pomyślałam, że chcę o tym napisać, bez żadnej konkluzji. Bo bardzo się cieszę, że widzę, nawet w podróży służbowej.
Widziałam też ekspertów w garniturach z warszawy, widziałam ich miny, gdy przedstawiałam z zapałem projekt, schowana za białą bluzką i kupką wizytówek. Widziałam pokoje konferencyjne i open spejsy, z których są dumni, ludzi pozamykanych szybami, pokręcone od dizajnu schody, piszczącą pod butami podłogę i czterdzieści zegarów - na przegubach, na ścianach, w gardłach, w oczach, w telefonach, samochodach, między zmarszczami i wśród rzednących włosów. Po powrocie poszłam na rower i kupiłam nawóz do storczyków, myśląc już tylko o zbliżającej się burzy. Zastanawiam się, kiedy nie będę musiała oddzielać od siebie światów - tego, w którym jestem naprawdę od tego, w którym muszę być. A może właśnie takie oddzielenie to jedyna metoda, by żyć po swojemu i jednocześnie nie bać się o jutro? Nie, nie mam się co oszukiwać, jestem kobietą w niebieskim fartuchu, w zegarek się nie mieszczę. Muszę w nim jeszcze tylko chwilę pochodzić, jak w tych moich za ciasnych butach, jeszcze tylko kilka kroków i dotrę do dziurawego domu, który cały czas na mnie czeka i oboje nas od tego czekania szlag jasny trafia. Pierdut.
Wracam. Chyba. Z tymi blogami tak jest, że raz się chce, a innym razem się nie chce.
Trochę się zadziało przez te parę miesięcy. Trochę się napisało, trochę się aktualnie pisze. Trochę się napaliło na kilka nowych projektów i trochę się rozczarowało odwołaniem paru innych (co ma ścisły związek z nie tak dawną żałobą i odwołaniem paru większych spraw, i co wiąże się z moim głębokim niezrozumieniem. Odwołać miesięczne WST - okazję do kontemplacji i dyskusji, przy jednoczesnym nieodwoływaniu komedii romantycznych w kinach, karuzel i cyrków, galerii handlowych i akcji reklamowych... Dobra, bo się rozkręcę i siłą rzeczy będę się powtarzać - dużo już na ten temat powiedziano. W każdym razie głosować na Jarosława nie będę z przyczyn dla mnie oczywistych. W ogóle głosować nie będę tym razem. Nieobywatelska postawa to to, na co mam teraz ochotę.)
Wróciłam do bloga z przyczyny prostej i przerażającej. Napisałam, co chciałam na jeden konkurs i na drugi. Jestem w trakcie pisania na trzeci, ale gubię dystans i robię przerwę. I co? I miałam spędzić miły wieczór nic nie robiąc, albo robiąc coś miłego. Jednak jakoś tak odpaliłam komputer, gdzieś tam łokciem otworzyłam worda i zorientowałam się, że jak czegoś nie napiszę, to mnie cholera weźmie. Nie lubię, gdy bierze mnie cholera, dlatego od paru minut piszę piosenkę do szuflady, zakochana po uszy w trzech kawałkach Nosowskiej z płyty UniSexBlues (i ostro z niej zżynam). I przypomniałam sobie - gdzieś tam kiedyś otworzyłam hurtownię, a w zasadzie rozlewnię słów. Idealne rozwiązanie dla grafomana bez tematu na tapecie - popitolić na blogu. Et c'est moi!
Co nowego u mnie:
Jestem mamą.
Moja siostra zdała pięknie całą maturę. Wyników jeszcze nie ma, ale dumna już jestem.
Z tą mamą żartowałam, jestem tylko mamą chrzestną, co kosztowało mnie być może tyle wysiłku co poród: Załatwienie sobie pozwolenia na bycie chrzestną jest trudniejsze niż załatwienie pozwolenia na broń palną. Poznałam koło dziesięciu niesympatycznych księży i jedną sympatyczną siostrzyczkę i nauczyłam się, że nie wolno mówić dzień dobry tylko szczęść boże.
Obcięłam grzywkę, co nie wpłynęło w żaden sposób na jakość życia.
Piszę pierwszy w życiu monodram i borykam się z tym jak ojciec pięciu córek z warkoczykami.
Kupiłam sobie zajebiste i za małe buty.
Spieprzyłam to i owo w swoim życiu.
Napisałam piosenki do spektaklu "Dudi bez piórka" (premiera 19 czerwca w Baju Pomorskim w Toruniu, zapraszam)
Miałam pierwszą w życiu premierę i to było dopiero COŚ. Jestem zadowolona, dumna i głodna kolejnych takich doświadczeń. (Najmniejszy Bal Świata, Teatr Animacji w Poznaniu, też zapraszam)
Jeździłam na rowerze w dresie po lesie i odkryłam, że Swarzędz ma styl.
Odnowiłam jedną przyjaźń.
Z tchórzostwa skończyłam inną.
Byłam w Paryżu i zamarzłam cztery razy.
Grałam w bilard z ośmiolatkiem i był to jeden z najprzyjemniejszych wieczorów tego roku.
Dostałam list windykacyjny, że wiszę jednej z bibliotek 780 złotych za nieoddanie dwóch książek i nie wiem, co robić.
Cztery razy złapał mnie kanar i nadal jeżdżę bez biletów.
Odcięli mi prąd w piątek o 20 i przez trzy dni byłam amiszem.
Odkryłam dzięki Agacie i Kapralowi, że wszyscy będziemy staruchami.
Pierwszy raz w życiu zatrąbiłam w saksofon i wydałam nawet jakiś dźwięk.
Doprowadziłam się do szału stanem nieporządku w mieszkaniu.
Poznałam Markiza, który jest szczurem.
Raz zachowałam się bardzo rozsądnie.
Wywaliłam się na obcasach, choć wydawało mi się, że już umiem chodzić.
Zdurniałam do reszty, teraz, tutaj, wypisując bzdury.
No i tak jak obiecywałam - come back bez pitu pitu. Dobrze, że nikt już tu nie zagląda, bo w obecnym moim stanie grafomańskiego zdurnienia do reszty może być jeszcze gorzej.
Tego samego dzisiejszego ranka ta sama temperatura była o kilka stopni wyższa. Ten sam śnieg zamieniał się w to samo błoto i moczył nogawki na tej samej drodze. Ten sam tramwaj tak samo mi uciekł i tak samo spóźniłam się do tej samej pracy. Zrobiłam sobie tę samą kawę w tym samym kubku, tak samo powiedziałam cześć do tych samych osób. Tak samo myślałam nad jednym tym samym tematem, a potem drugim tym samym tematem i trzecim tym samym tematem. Nie miałam czasu, by pójść do tego samego banku i jak co miesiąc zapłacić za to samo mieszkanie, tak samo nie miałam czasu by zjeść porządny ten sam obiad. Tak samo miałam dosyć tych samych spięć i trochę inaczej, ale tak samo późno wyszłam z pracy. W domu taki sam burdel i tak samo nie spakowana torba w inną podróż. Tak samo głodne podwórkowe koty nakarmiłam tym samym co zawsze, tak samo jak zawsze zastanawiając się, dlaczego to robię, skoro nie lubię kotów. Trochę inaczej niż zawsze napisałam parę piosenek na zamówienie i taką samą radość mi to sprawiło. Tak samo jak zawsze zastanawiałam się, czy uda mi się z tego w końcu żyć i tak samo jak zawsze doszłam do wniosku, że może. Tak samo jak zawsze nie umyłam od tygodnia tak samo brudnych naczyń i tak samo jak zawsze, robę wszystko, by nie pójść tak samo spać, bo gdy pójdę tak samo spać, to tak samo się obudzę i tego samego jutrzejszego ranka będę tak samo uciekać od siebie.
Tak samo często, ale mniej intensywnie, myślę, że wszystko się zmieni. I, niestety okazało się, że nie chodzi o ścięcie grzywki.
Jeszcze coś w ramach autopromocji:)
Bajka o molu Zbyszku i starej babci jakiś czas temu była nagrana w radiu - już o tym pisałam - i, również jakiś czas temu, złapała się w sieć. Czyta ją moja mama, mimo że była wtedy chora, robi to świetnie.
Oto lynk: http://www.radiomerkury.pl/index.php?art=28945
Można tam też znaleźć kilka innych miłych opowieści na zimowe zdziecinnienie.
Tyle na dziś, myć, przytulić, spać.
Tagi: bajka, radio merkury
skomentuj (1)
Dawno się nie odzywałam. Mam dużo pisaniny - redaguję bajki (zbliża się konkursowy deadline), uskuteczniam grafomanię zadaniowo-szkolną, kombinuję nad nowym większym tekstem i nadrabiam zaległości w szerokopojętej popkulturze (np. wczoraj obejrzałam pierwszy raz w życiu dwie pierwsze części Gwiezdnych Wojen - tj. czwartą i piątą, tak to się chyba tytułuje?)
Jakiś wyrzut sumienny mi wyrósł, dlatego pomyślałam, żeby wrzucić nagranie z fragmentem czytania Grande Papa (mój tekst dla dzieci), które miało czas i miejsce w grudniu, w CK Zamek. Ale, psia kurtka, nie da się w tym blogowym blogu zamieścić filmu. A na Tubę nie wrzucę, bo mi wstyd. Dlatego umieszczam link do artykułu o tym czytaniu w blogu Alicji Rubczak, która prowadziła poczytaniowe dyskusje z kwiatem polskiej młodzieży.
http://alicjarubczak.wordpress.com/2010/01/10/scena-czytana-moje-wrazenia/
Przy okazji, polecam szczerze blog Alis, jedyny w Polsce blog o teatrze dla dzieci. Ala jest być może w tym momencie czytana przez Krystiana Lupę, który jest jurorem w konkursie na blog roku - znalazła się w pierwszej dziesiątce blogów w kategorii kultura:) Go Alis!
(Mnie się nie udało, ale blog roku prowadzony dwa miesiące, to chyba motyka na księżyc - bo słońca dawno nie widziałam.)
Tymczasem wracam do mrówczego poprawiania bajeczek, podgryzając ogórka konserwowego firmy Krakus i myśląc o wiośnie. (Wieczorne otwieranie okna na oścież, zapachy, ptaki, motylki, kwiatki... Chyba się starzeję).
Tagi: alicja rubczak, grande papa
skomentuj (0)
Wczoraj ruszyło głosowanie na Blog Roku 2009.
Zapraszam do zagłosowania na mój blog. Należy wysłać SMS o treści G00500 - taki ładny, okrąglutki numerek - pod numer 7144 (1.22 zł. brutto).
Gdyby jakimś zbiegiem okoliczności blog otrzymał dużą ilość głosów, oceniać go będzie Sylwia Chutnik, autorka m.in. "Kieszonkowego atrasu kobiet". Zresztą potrzebne informacje są tutaj: http://www.blogroku.pl/hurtowniaslow,gw93k,blog.html
Głosowanie zakończy się 21 stycznia o godzinie 12.00. Dochód z
głosowania zostanie przekazany przez organizatorów na organizację
turnusów rehablilitacyjnych dla osób niepełnosprawnych.
Będzie mi bardzo miło.
Tagi: blog roku
skomentuj (3)
Przeżyłam dziś mały triumf.
Nie trafił mnie szlag.
Ale po kolei.
Miałam dziś umówioną wizytę kontrolną u ginekologa. Naraziłam się (znowu!) w pracy, wychodząc nieco wcześniej, żeby zdążyć dojechać na czas. Pierwszy autobus po prostu nie przyjechał. Drugi (kwadrans później) nie przyjechał tak o. Gdy temperatura ciała zrównała się z temperaturą otoczenia, trzeci autobus też nie przyjechał. Czterdzieści pięć minut w plecy, ale może mnie przyjmie... Idę pieszo. Jest fajnie, bo nic nie czuję z zimna. Po drodze gubię ulubiony kolczyk. Po półgodzinie jestem na miejscu.
Miałam szczęście - moja kolejka jeszcze nie nadeszła. Miałam więcej szczęścia - możliwość ogrzania się w poczekalni, bo przede mną jeszcze cztery pacjentki. Obsługa każdej to jakieś 20-25 minut. Nie chciało mi się nawet obliczać, ile będę czekać. Przyszły jeszcze dwie nowe panie - obie w zaawansowanej ciąży, jedna wyraźnie zmęczona życiem z życiem.
Po nieobliczonym czasie nadeszła moja kolej. Wstaję dziarsko, choć ścierpnięta, ale pani pielęgniara mówi - jeszcze momencik - wchodząc do gabinetu z porcelanową filiżanką z ciepłą herbatą i trzema ciastkami - pieguskiem, delicją i kokosanką.
Dr prof. hab. przemęczyła się widocznie świeceniem w cipki, robi sobie przerwę. Czterdziestominutową! Wiem dokładnie, wlepiałam gały w zegar z niedowierzaniem.
Herbata wypita, ciastka zżarte, plotki przekazane (do poczekalni dotarło np., że córka pielęgniarki się zaręczyła i ślub będzie w sierpniu). Moja kolej. Wchodzę.
Nasycona i napita dr prof. hab. zerka w moją kartę, patrzy podejrzliwie na mnie i pyta:
- O co chodzi?
- Mam umówioną wizytę - mówię.
- Ale jaki jest problem? - pyta.
- Nie ma problemu, przyszłam na kontrolę - odpowiadam.
Robię kontrolę co pół roku, właśnie po to, żeby nie mieć problemów. Dr prof. hab. jest wyraźnie zdziwiona.
- Ale ostatnio była pani w maju - stwierdza.
- No tak, to ponad pół roku temu.
Patrzy na mnie jak na wariatkę. Nie wiem, może myśli, że lubię, gdy mi coś wkłada. Wygląda, jakby tak właśnie myślała. Każe mi się położyć i prawie mnie nie bada. Trwa to minutę i nie jest delikatne. Kosztuje sto złotych i moje dziwne, niezrozumiałe poczucie wstydu, że przyszłam bez powodu, że zawracam jej czas. Na koniec, wyobraźcie sobie, stwierdza, że nie mam co liczyć na cytologię, bo ostatnio mi zrobiła i było ok. Jak gdybym o tej cytologii śniła dniami i nocami i odliczała maniacko godziny do jej zrobienia!
Wyszłam. Kobieta w zaawansowanej ciąży wstała, gotowa, by wejść do gabinetu, ale przeszkodziła jej pielęgniarka, wchodząc z nie widziałam czym, ale spokojnie mógłby to być dobry film na DVD i chrupki.
Bardzo zepsuło mi to dzień i pogrążyło resztki opinii o opiece medycznej. Nawet prywatnej. (Nie wspominając o kolosalnych problemach, z jakimi boryka się komunikacja miejska z powodu niewyobrażalnych, sięgających po szczyty drzew zasp śnieżnych.)
A przecież nakarmiłam rano te paskudne głodne gołębie, miałam mieć dzięki temu dobry dzień!
Czasem nie wierzę, że życie no po prostu... takie jest.
Smutno mi cholera.
Dwugodzinne oglądanie Little Britain nie pomogło. Szarlotka w proszku zalana wrzątkiem nie pomogła. Nowy płyn do tkanin AromaTherapy nie pomógł. Tlen Wyrypajewa trochę pomógł, ale przepiękne rude włosy Karoliny Gruszki nie pomogły. Nie pomógł też rachunek z półrocznym zadłużeniem w opłatach za prąd, opierdalantus za notoryczne spóźnienia w pracy i pięknie śpiewająca idiotka w słuchawkach. (Śpiewała, że bez swojego ukochanego to ona normalnie się zabije i że na kolana przed nim pada i błaga, żeby jej nie opuszczał, jezu). Bajkę bym sobie napisała, ale tym razem to nie przejdzie.
Tak to czasami jest.
Mam ochotę na drinka z palemką pod palemką i okulary w kształcie ust.
Się uśmiechnę i starczy.
Trzecia piosenka. Nie wiem, czy tyułowa wariatka to Ofelia, czy ja. Napisana na szybko i na kabaretowo.
Nie taki zły ten Szekspir:)
Ofelia
Jak to dobrze, że dziś rano zwariowałam!
Obudziłam się szalona, jakaś taka wysuszona
Pomyślałam – się wykąpię, co mi tam!
Hamlet ponoć widzi duchy, jest od tego jakiś suchy
Powiedziałam – chodź popływać, nie siedź sam!
Spojrzał na mnie tak ukośnie, utkwił wzrok w rozdartej sośnie
Więc uznałam, że mnie zbywa, co za cham!
Jak to dobrze, że dziś rano zwariowałam!
Coś w kąpieli mi się stało, jakby nagle mnie wessało
Pomyślałam, że to uda nagły skurcz
Walcząc z wodą o przetrwanie, rozmyślałam o śniadaniu
Nic dziwnego – Z rana zwykle czuję głód
I tak jakoś nieopatrznie utopiłam się pokracznie
Z dłonią w gatkach – tak potężny uda ból.
Jak to dobrze, że dziś rano zwariowałam!
Nagle przyszli jacyś goście, pletli coś tam o miłości
Że Ofelię niekochaną tuli toń.
Miast po prostu mnie wyłowić, oni się zaczęli głowić
Hamlet cham – mruczeli pocierając skroń.
Palce mi się pomarszczyły, dusza stygła, tracąc siły
Wreszcie ktoś do mego trupa wyjął dłoń.
Jak to dobrze, że dziś rano zwariowałam!
Wczoraj jeszcze go kochałam ale dzisiaj zwariowałam
Więc tłumaczę – dajcie spokój, ja mam dość
Moich próśb nikt nie usłyszał, widać trupem rządzi cisza
A, niech idą – Hamlet pewnie da im w kość.
Hamlet znowu spojrzał skośnie, tnąc „Tu byłem” w swojej sośnie
Krzyknął – spadać – i mnie ogarnęła złość.
Jak to dobrze, że dziś rano zwariowałam!
Hamlet zawsze był coś kruchy, widział duchy, słyszał duchy
Pomyślałam – zajrzę w nocy, co mi tam.
Wprzód łańcuchem się oplotłam, coś jęczałam, coś tam plotłam
Wyłam – U-u, Hamlet, już nie będziesz sam.
Włączył światło... łyknął kawy... rzekł, że ma ważniejsze sprawy...
I przeżegnał się trzy razy – co za cham!
Tagi: piosenka
skomentuj (3)